


Polska demokracja przypomina dziś rowerzystę jadącego mozolnie pod górę. Kierownica w drżących dłoniach, pot spływa po plecach, a w tle rozlega się znajomy trzask – to ktoś, kto z rozkoszą i determinacją wpycha kij w szprychy. Tym kimś jest prawica, a kijem – Karol Nawrocki i jego przyjaciele, którzy zamiast pedałować, wolą przewracać rower i liczyć, że z chaosu ulepią własne królestwo bezkarności.
Nawrocki – świeżo upieczony prezydent – postanowił, że konstytucja to nie rama, która trzyma całość w pionie, tylko plastelina, którą można dowolnie ugniatać. W ciągu miesiąca zdążył zawetować tyle ustaw, że Andrzej Duda potrzebowałby półtora roku, by to nadrobić. Ale w końcu Duda był maratończykiem opieszałości, Nawrocki to sprinter destrukcji. On nie czyta ustaw, on je nokautuje – w stylu bokserskim, wali na oślep. A że trafia w polską gospodarkę, w relacje z sojusznikami, w kieszenie zwykłych obywateli – cóż, bokserowi w amoku nie wypomina się, że bije nie w przeciwnika, lecz w trybuny.
Czy to jeszcze prezydent, czy już nadpremier? Nawrocki testuje granice Konstytucji jak dziecko testuje cierpliwość rodzica: co się stanie, jeśli wyrzucę lalkę przez okno? A jeśli podpalę dywan? A jeśli podpiszę umowę z Trumpem ponad głowami rządu? Próbuje uczynić z prezydentury fotel kierowcy, w którym premier Tusk mógłby co najwyżej siedzieć jako pasażer, i to na tylnym siedzeniu, obok fotelika dla dziecka. Tyle że polska Konstytucja jasno mówi: prezydent nie jest szefem rządu. Ale Nawrocki, jak taran, uparcie wmawia wszystkim, że skoro siedzi w Pałacu, to należy mu się pilot do całego państwa.
A co robi w tym czasie prezes Kaczyński? On już planuje nowe rozdanie. Oto Tobiasz Bocheński – polityczny manekin w garniturze, o którym nawet własna partia pyta: „A który to?”. Człowiek, który jako wojewoda rozdawał pączki kupcom zbankrutowanym przez lockdown, zamiast rozwiązań. Teraz może być premierem. Polska polityka w wydaniu PiS przypomina więc casting do kiepskiego kabaretu: nieważne, kto wystąpi, ważne, żeby klakierzy bili brawo.
I wreszcie sam Jarosław Kaczyński – wieczny demiurg, który z lubością straszy Polaków tęczową flagą, Żurkiem, wojną hybrydową i własnym cieniem. Jego wizja Polski to kraj w permanentnym stanie oblężenia: przez wrogów z Zachodu, przez LGBT, przez rząd Tuska. Wszystko jest zagrożeniem, prócz tego, co sam robi z demokracją.
Cała ta orkiestra chaosu gra na jedną nutę – byle doprowadzić rząd Tuska do upadku. Nie chodzi o Polskę, nie chodzi o obywateli, nie chodzi nawet o ideologię. Chodzi o jedno: o bezkarność. O to, by nikt nie rozliczył lat kłamstw, nadużyć, nepotyzmu i przekrętów. By w cieniu wiecznego weta i niekończących się awantur, ukryć fakt, że to oni odpowiadają za kryzysy, które dziś próbują przypisać innym.
Donald Tusk, który wrócił, by posprzątać bałagan, musi codziennie zamiast ustaw czytać kolejne prezydenckie „nie” – jakby jego praca polegała nie na budowaniu, a na ciągłym odgruzowywaniu torów złośliwie zawalonych przez opozycję. Polska potrzebuje energii, a Nawrocki blokuje wiatraki. Polska potrzebuje solidarności z Ukrainą, a Nawrocki odcina im internet. Polska potrzebuje zdrowych finansów, a Nawrocki trzyma wódczane lobby za rękę i mówi: „Podatki? Niech będzie taniej, żeby naród pił i nie pytał”.
W ten sposób prawica z prezydentem-taranem na czele próbuje przekształcić demokrację w ring, na którym biją się nie o przyszłość kraju, lecz o to, by samym nie znaleźć się na ławie oskarżonych. To nie polityka – to desperacki teatrzyk obrony własnych interesów.
A Polska? Polska to tylko dekoracja w tle.

Dodaj komentarz