
Kilka dni temu odwiedził mnie znajomy. Człowiek rozsądny, wykształcony i całkowicie normalny, co w dzisiejszych czasach jest już kategorią zagrożoną wyginięciem. Usiedliśmy przy stole, nalaliśmy kawy i zaczęliśmy rozmawiać o świecie. Jak zwykle po dziesięciu minutach zeszło na politykę, po piętnastu na zdrowie, po dwudziestu na pogodę, a po trzydziestu na sztuczną inteligencję.
I wtedy wydarzyło się coś ciekawego. Mój rozmówca spojrzał na telefon, na komputer stojący obok biurka i powiedział zdanie, które nie daje mi spokoju.
– Wiesz, mam czasem wrażenie, że za kilka lat będziemy pytać komputerów o wszystko. O zdrowie, o miłość, o pracę, o dzieci, o sens życia. A potem przestaniemy pytać siebie nawzajem.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Bo to był ten rodzaj zdania, który brzmi banalnie, ale zostawia po sobie lekki niepokój. Jak skrzypienie schodów w pustym domu.
Kilka dni później przeczytałem o pierwszej encyklice papieża Leona XIV. I nagle wszystko zaczęło układać się w jedną historię. Przyznam, że sam pomysł papieża walczącego ze sztuczną inteligencją wydawał mi się początkowo czymś pomiędzy scenariuszem filmu science fiction a żartem napisanym przez znudzonego scenarzystę Netflixa. Wyobraźmy sobie tę scenę. Po jednej stronie stoi Watykan, instytucja starsza od większości państw świata, pamiętająca czasy, gdy największą technologiczną innowacją było dobrze zaostrzone gęsie pióro. Po drugiej stronie stoją miliarderzy z Doliny Krzemowej, którzy próbują nauczyć komputery myślenia szybciej, niż większość ludzi nauczyła się używać pilota do telewizora.
A jednak im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że papież może być jednym z niewielu ludzi na świecie, którzy zadają właściwe pytania. Nie chodzi bowiem o technologię. Nigdy nie chodziło o technologię.
Kiedy pojawiła się maszyna parowa, ludzie bali się końca świata. Kiedy pojawiło się radio, obawiano się upadku kultury. Telewizja miała zniszczyć czytelnictwo. Internet miał zamienić ludzkość w stado idiotów. Cóż, częściowo mu się udało, ale to temat na osobny felieton. Każda epoka miała swoje strachy.
Problem ze sztuczną inteligencją jest jednak inny. Po raz pierwszy stworzyliśmy narzędzie, które nie tylko wykonuje polecenia, ale zaczyna uczestniczyć w procesie myślenia. Nie zastępuje mięśni. Nie zastępuje młotka. Nie zastępuje traktora. Zaczyna zastępować głowę. A to zmienia wszystko.
Leon XIV w encyklice „Magnifica Humanitas” nie nawołuje do niszczenia komputerów. Nie proponuje powrotu do świec i pergaminów. Nie ogłasza krucjaty przeciwko algorytmom. Mówi coś znacznie bardziej niebezpiecznego dla świata technologicznych mesjaszy. Przypomina, że człowiek jest ważniejszy od maszyny. I właśnie to rozwściecza część technologicznych elit.
Od kilku lat obserwuję bowiem z fascynacją coś, co coraz bardziej przypomina nową religię. Dawniej ludzie pielgrzymowali do sanktuariów. Dzisiaj pielgrzymują na konferencje technologiczne. Dawniej słuchali proroków. Dzisiaj słuchają miliarderów. Dawniej oczekiwali zbawienia po śmierci. Dzisiaj oczekują go po kolejnej aktualizacji oprogramowania.
Wystarczy posłuchać niektórych guru sztucznej inteligencji. Mówią o superinteligencji. Mówią o osobliwości technologicznej. Mówią o nowej świadomości. Mówią o przyszłych bogach stworzonych przez człowieka. Brzmi to momentami mniej jak informatyka, a bardziej jak apokryf odnaleziony w garażu Elona Muska.
Papież najwyraźniej dostrzegł to samo, dlatego jego encyklika jest w gruncie rzeczy nie tyle dokumentem o technologii, ile dokumentem o człowieku. Już sam tytuł – „Wspaniałe człowieczeństwo” – brzmi jak delikatna, ale stanowcza odpowiedź na świat, który coraz częściej zachwyca się maszynami bardziej niż ludźmi.
Spójrzmy uczciwie na naszą codzienność. Nigdy nie byliśmy tak połączeni. I nigdy nie byliśmy tak samotni. Nigdy nie mieliśmy tylu możliwości komunikacji. I nigdy nie mieliśmy tylu ludzi rozmawiających wyłącznie z ekranem. Nigdy nie mieliśmy tak wielu informacji. I nigdy nie byliśmy tak skutecznie dezinformowani.
To nie jest przypadek, że Leon XIV pisze o samotności, dzieciach, przemocy cyfrowej i fałszywych treściach generowanych przez AI. Papież nie walczy z technologią. Papież walczy z pokusą oddania technologii funkcji, które przez tysiące lat należały do ludzi.
Łatwo wyobrazić sobie świat, w którym dziecko bardziej ufa chatbotowi niż rodzicom. Łatwo wyobrazić sobie świat, w którym starzec częściej rozmawia z maszyną niż z wnukami. Łatwo wyobrazić sobie świat, w którym prawdę ustala algorytm należący do korporacji większej od wielu państw.
Właśnie wtedy zaczyna się problem. Nie technologiczny. Cywilizacyjny.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak słowo użyte przez papieża: „rozbroić”. Rozbroić sztuczną inteligencję. Brzmi to tak, jakby gdzieś w Dolinie Krzemowej siedział Terminator z kałasznikowem i czekał na sygnał do ataku, a przecież Leon XIV mówi o czymś znacznie subtelniejszym.
Broń nie zawsze strzela. Czasem uzależnia. Czasem manipuluje. Czasem uzależnia od wygody. Czasem odbiera zdolność samodzielnego myślenia. Najskuteczniejsza broń nie zmusza człowieka do posłuszeństwa. Sprawia, że człowiek sam oddaje wolność.
Patrząc na świat, coraz częściej odnoszę wrażenie, że największym problemem ludzkości nie jest brak inteligencji. Mamy jej pod dostatkiem. Nigdy wcześniej nie było tylu wybitnych naukowców, inżynierów, matematyków i programistów. Brakuje czegoś innego. Mądrości. A mądrość i inteligencja są ze sobą spokrewnione mniej więcej tak, jak fortepian i pianista. Jedno bez drugiego może istnieć, ale muzyki z tego nie będzie.
Dlatego z pewnym rozbawieniem obserwuję ten niezwykły pojedynek. Z jednej strony stoją ludzie przekonani, że za chwilę stworzą cyfrowego boga. Z drugiej strony stoi papież przypominający, że od kilku tysięcy lat ludzkość ma już wystarczająco dużo problemów z tym jednym.
I być może właśnie dlatego encyklika Leona XIV jest ważniejsza, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Nie dlatego, że odpowiada na wszystkie pytania. Nie dlatego, że zatrzyma rozwój technologii. Nie dlatego, że przekona miliarderów z Doliny Krzemowej. Jest ważna dlatego, że w świecie zachwyconym własnymi wynalazkami ktoś odważył się przypomnieć rzecz najprostszą.
Komputer może być coraz mądrzejszy. Algorytm może być coraz szybszy. Maszyna może wiedzieć coraz więcej, ale człowieczeństwo nie polega na tym, żeby wiedzieć wszystko. Polega na tym, żeby wiedzieć, co warto kochać, czego warto się bać i za co warto brać odpowiedzialność. Tego jak dotąd nie nauczył się jeszcze żaden robot.
I całe szczęście.

Dodaj komentarz