BLISKI WSCHÓD, CZYLI PRZYGODA, KTÓRA SIĘ NIE KOŃCZY

Warszawa

W Londynie, na początku XX wieku, przy ciężkich stołach przykrytych mapami świata, zapadały decyzje, które miały więcej wspólnego z hazardem niż z odpowiedzialnością. Panowie w dobrze skrojonych garniturach patrzyli na Bliski Wschód jak na planszę do gry, na której pionkami byli ludzie, a stawką – ropa, wpływy i poczucie imperialnej wielkości. Winston Churchill nazwał to „przygodą”, co było słowem tyleż eleganckim, co bezczelnym, bo tylko ktoś siedzący daleko od ognia może nazwać cudzy pożar wycieczką krajoznawczą.

Pierwszą przyczyną dzisiejszego konfliktu była sprzeczność obietnic, czyli klasyka dyplomacji w wydaniu brytyjskim: każdemu dać to, czego chce, i mieć nadzieję, że nigdy się nie spotkają, żeby porównać notatki. Arabom obiecano państwo w zamian za bunt przeciwko Turkom, Francuzom – wpływy w Syrii i Libanie, a w 1917 roku Żydom – „narodowy dom” w Palestynie. Problem polegał na tym, że wszystkie te obietnice dotyczyły tej samej ziemi, co nawet jak na standardy polityki było pomysłem odważnym, a w praktyce – skrajnie nieuczciwym.

Drugą przyczyną była zmiana własności i demografii, czyli moment, w którym historia spotyka się z rynkiem nieruchomości i przegrywa. Żydowscy imigranci kupowali ziemię legalnie, często za duże pieniądze. Sprzedawali ją bogaci właściciele arabscy, a tracili ci, którzy tej ziemi nie mieli na papierze, tylko pod nogami. Prawo mówiło: wszystko w porządku. Życie mówiło: właśnie zostałeś wymazany.

Trzecią przyczyną była reakcja, czyli coś, co politycy zawsze nazywają „eskalacją”, jakby była zjawiskiem pogodowym, a nie skutkiem ich własnych decyzji. W latach 1936–1939 wybuchło arabskie powstanie, a Brytyjczycy odpowiedzieli siłą – pacyfikacjami, aresztowaniami, zbiorową odpowiedzialnością. Równolegle rozwijały się żydowskie organizacje zbrojne. Wszyscy przygotowywali się do wojny, której nikt oficjalnie nie chciał, ale którą wszyscy konsekwentnie budowali.

Czwartą przyczyną była decyzja o podziale, czyli moment, w którym ktoś uznał, że konflikt da się rozwiązać linijką. W 1947 roku ONZ zaproponowała podział Palestyny. Żydzi plan przyjęli, Arabowie odrzucili. Rok później wybuchła wojna, Izrael wygrał, Palestyńczycy stracili ziemię, domy i bezpieczeństwo. Nakba nie jest metaforą, tylko faktem, który do dziś determinuje politykę regionu.

Piątą przyczyną była geopolityka, czyli moment, w którym cudze tragedie zaczynają się opłacać. Bliski Wschód stał się miejscem, gdzie mocarstwa prowadzą swoje rozgrywki, a lokalne konflikty są paliwem, nie problemem do rozwiązania. Każdy kolejny kryzys nie kończył poprzedniego, tylko go pogłębiał.

Dziś widzimy konsekwencję tego wszystkiego. W 2026 roku Stany Zjednoczone i Izrael uderzają w Iran, mówiąc o bezpieczeństwie, jakby to słowo miało magiczną moc unieważniania skutków. Iran odpowiada rakietami i dronami, czyli jedynym językiem, jaki został w tej części świata uznany za skuteczny.

Pojawia się Ormuz, czyli gardło światowej gospodarki, i nagle konflikt przestaje być lokalny, bo zaczyna kosztować. Dołącza Hezbollah, Liban staje się kolejną sceną, a liczba przesiedlonych rośnie tak szybko, że przestaje robić wrażenie, bo statystyki mają to do siebie, że znieczulają.

I wtedy na scenę wchodzą współcześni bohaterowie tej farsy.

Joe Biden mówi o stabilności, Benjamin Netanjahu o konieczności, Ali Chamenei o odpowiedzi, a Donald Trump – jak to on – o wielkości i sile, jakby prowadził reality show, a nie politykę globalną. Ursula von der Leyen mówi o odpowiedzialności, jakby odpowiedzialność była komunikatem prasowym, a nie decyzją, która kosztuje ludzkie życie.

Każdy z nich mówi coś innego, ale sens jest ten sam: to nie my, to sytuacja, to konieczność, to historia.

Nie, proszę państwa.

To nie historia.

To konkretni ludzie podejmują konkretne decyzje, a potem chowają się za słowami, które brzmią mądrze tylko z daleka.

Bo prawda jest dużo prostsza i dużo bardziej nieprzyjemna.

Ta wojna nie jest błędem.

Ta wojna jest produktem.

Jest wynikiem systemu, w którym konflikty się zarządza, podgrzewa i wykorzystuje, bo na wojnie zawsze ktoś zarabia, nawet jeśli większość tylko traci.

I dlatego najuczciwsze podsumowanie brzmi brutalnie:

Bliski Wschód nie płonie dlatego, że ktoś stracił kontrolę.

Bliski Wschód płonie, bo zbyt wielu ludziom zależy, żeby ogień nigdy nie zgasł.

A najdroższe wojny świata – jak zawsze – zaczynają się od najtańszych obietnic.

A jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, to niech pamięta: za każdą „konieczną operacją” stoi ktoś, kto nigdy nie wyśle na nią własnego dziecka.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights