BIEDNY JAK POSEŁ PiS

Warszawa

Czyli jak partia z milionami na koncie urządziła narodowy teleturniej „Wyślij SMS o treści RATUJ PREZESA”

Jest coś głęboko wzruszającego w widoku Jarosława Kaczyńskiego apelującego o pieniądze. Człowiek patrzy na prezesa największej partii opozycyjnej w Polsce, stojącego na tle biało-czerwonych flag i partyjnych banerów, i przez chwilę ma wrażenie, że ogląda finał teletonu dla zagrożonego gatunku polityków. Za moment powinien wejść lektor z dramatycznym głosem i powiedzieć:

„Za jedyne dwadzieścia złotych miesięcznie możesz adoptować zagubionego działacza PiS. Twój datek pomoże mu przetrwać kolejny panel w Telewizji Republika oraz kupić niezbędny zestaw patriotycznych kanapek na konwencję programową”.

Problem polega tylko na tym, że ten biedny, pokrzywdzony i finansowo prześladowany PiS wygląda trochę jak milioner, który płacze pod kasynem, bo musiał sprzedać trzeci jacht. Partia, która przez osiem lat rządów rozdawała stanowiska z rozmachem arabskiego sułtana po trzech espresso, dziś próbuje przekonać swoich wyborców, że dosłownie walczy o przetrwanie.

Nie ma pieniędzy. Jest dramat. Jest bieda. Jest niemal polityczna wersja „Komornika” Feliksa Falka. A potem człowiek zagląda do sprawozdania finansowego i odkrywa, że PiS zebrał ponad jedenaście milionów złotych z samych darowizn.

Jedenaście milionów! To już nie jest zbiórka. To jest średniej wielkości startup technologiczny albo budżet kilku seriali TVP sprzed epoki Kurskiego.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa komedia. PiS od miesięcy opowiada swoim wyborcom historię przypominającą połączenie oblężenia Westerplatte z telezakupami Mango. Z jednej strony słyszymy o brutalnych represjach, zamachu na demokrację i „bezprawnym odebraniu pieniędzy”, a z drugiej strony co kilka dni ktoś z Nowogrodzkiej wyciąga wielki kod QR i prosi emerytów o kolejne wpłaty.

To jest w ogóle fascynujący model polityczny. W normalnych krajach partie zbierają pieniądze po to, żeby prowadzić politykę. W Polsce PiS prowadzi politykę głównie po to, żeby zbierać pieniądze. Kaczyński opowiada o patriotyzmie. Błaszczak mówi o zagrożeniu państwa. Czarnek grzmi o cywilizacji chrześcijańskiej. A w tle świeci gigantyczny napis: „WESPRZYJ NAS”.

To już właściwie nie jest partia polityczna. To jest parafia z funkcją przelewu natychmiastowego. PiS przedstawia się dziś jako ofiara finansowego terroru po tym, jak Państwowa Komisja Wyborcza zakwestionowała finansowanie kampanii z 2023 roku.

Przypomnijmy, bo pamięć w polskiej polityce jest krótsza niż żywotność baterii w chińskim powerbanku: PKW uznała, że PiS korzystał z państwowych pieniędzy do prowadzenia agitacji wyborczej. Chodziło między innymi o pikniki wojskowe i spoty finansowane przez instytucje publiczne, czyli mówiąc po ludzku: partia urządziła sobie kampanię za nasze.

A kiedy złapano ją za rękę, zaczęła krzyczeć, że to zamach na demokrację. To trochę tak, jakby człowiek został przyłapany na wynoszeniu telewizora ze sklepu, po czym urządził konferencję prasową o prześladowaniu klientów RTV.

Ale trzeba oddać PiS jedno. Oni naprawdę są mistrzami politycznego marketingu emocjonalnego.

Platforma przez lata próbowała przekonywać wyborców tabelkami, wskaźnikami i raportami gospodarczymi. PiS tymczasem odkrył coś znacznie prostszego: Polacy kochają dramat, dlatego dziś Nowogrodzka przypomina połączenie teatru narodowego z call center dla oblężonych patriotów.

„Brońmy wolnych mediów!” „Brońmy suwerenności!” „Brońmy Polski!” A pod spodem numer konta.

I oczywiście zawsze działa ten sam mechanizm. Najpierw buduje się atmosferę katastrofy. Potem pojawia się wróg. Potem wielka opowieść o oblężonej twierdzy. A na końcu starsza pani z Radomia wysyła sto złotych, bo przecież „trzeba ratować ojczyznę”.

To jest prawdziwy geniusz PiS-u. Nie polityczny. Finansowy. Partia Kaczyńskiego od dawna funkcjonuje bardziej jak emocjonalny crowdfunding niż klasyczna organizacja polityczna. Każdy kryzys jest okazją do zbiórki. Każde śledztwo jest okazją do zbiórki. Każda konferencja jest okazją do zbiórki. Gdyby meteoryt spadł jutro na Warszawę, oświadczenie PiS prawdopodobnie wyglądałoby tak: „To efekt zaniedbań Tuska. Prosimy o pilne wpłaty na odbudowę patriotycznej atmosfery”.

Partia, która przez lata oskarżała wszystkich o „układ”, sama stworzyła jeden z najbardziej imponujących systemów polityczno-finansowych III RP. To był prawdziwy ekosystem. Spółki. Fundacje. Media. Instytuty. Patriotyczne organizacje. Telewizje. Gazety. Eksperci. Konferencje. Cała wielka republika transferów finansowych ubrana w opowieść o walce z elitami. PiS potrafił przez osiem lat jednocześnie być establishmentem i opozycją wobec establishmentu. To wymagało talentu porównywalnego z jednoczesnym byciem strażakiem i podpalaczem.

A dziś ten sam obóz próbuje sprzedawać narrację o biedzie. Biedzie! Partia, która miała najwyższą subwencję w historii III RP. Partia, która stworzyła własne medialne imperium. Partia, której politycy przez lata obsadzali państwowe spółki z rozmachem średniowiecznego monarchy rozdającego lenna. I teraz ci sami ludzie chodzą po mediach z miną skrzywdzonego właściciela lombardu. Nawet nazwa „Prawo i Sprawiedliwość” zaczyna już brzmieć trochę staromodnie. Europoseł Dariusz Joński zaproponował ostatnio bardziej adekwatny skrót: ChiP — Chciwi i Pazerni.

Trudno powiedzieć, żeby był szczególnie subtelny. Ale trudno też odmówić mu pewnej celności. Bo rzeczywiście, żadna partia w Polsce nie opanowała sztuki publicznego żebrania tak perfekcyjnie jak PiS. Telewizja Republika prowadzi własne zbiórki. PiS prowadzi własne zbiórki. Politycy apelują o wpłaty z częstotliwością telemarketerów sprzedających garnki. Momentami człowiek ma wrażenie, że prawica zamieniła politykę w wielką transmisję live donation. Jeszcze chwila i podczas przemówienia Kaczyńskiego pojawi się pasek: „SUPERCHAT OD PANA JANUSZA Z ŁOMŻY — 50 ZŁ. JARKU, NIE PODDAWAJ SIĘ!”.

Ale najbardziej bezczelne w tym wszystkim jest coś innego. PiS nie prosi ludzi o pieniądze dlatego, że nie ma z czego funkcjonować. PiS prosi o pieniądze, bo odkrył, że polityczne poczucie krzywdy świetnie monetyzuje elektorat. Im bardziej wyborca wierzy, że jego partia jest prześladowana, tym chętniej otwiera portfel.

To już właściwie nie jest polityka. To psychologia sprzedaży. A wszystko to odbywa się w kraju, w którym przeciętny obywatel naprawdę martwi się rachunkami, kredytem i ceną masła. I właśnie wtedy milionowa partia organizuje publiczne zbiórki z dramatyzmem człowieka, któremu zabrano ostatnią kromkę chleba. To trochę tak, jakby właściciel pięciogwiazdkowego hotelu chodził po ulicy i zbierał datki na ręczniki.

Najbardziej zdumiewające jest jednak to, że ten model działa. Ludzie wpłacają. Klikają. Przelewają. Ratują demokrację. Ratują prawicę. Ratują ojczyznę.

PiS nauczył się jednej rzeczy lepiej niż jakakolwiek inna partia w Polsce:

w polityce nie trzeba mówić prawdy. Wystarczy umiejętnie sprzedawać emocje. Najlepiej z kodem QR w tle.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights