
Są w Polsce ludzie, którzy mylą autorytet z urzędem, a urząd z godnością osobistą. Gdy ktoś nie zaprosi ich do stołu, reagują jak zabytkowy kredens: skrzypią, pękają i domagają się natychmiastowej renowacji. Tak właśnie objawiła się Małgorzata Manowska, Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego, dama systemu, która całe swoje zawodowe życie spędziła w cieniu władzy, a teraz oburza się, że cień zniknął.
Poczucie krzywdy u Manowskiej ma konsystencję betonu. To beton świeżo wylany w czasach, gdy prawo traktowano jak plastelinę, a konstytucję jak instrukcję obsługi do odkurzacza: niby jest, ale kto by to czytał. Manowska została wyniesiona na szczyt Sądu Najwyższego nie przez środowisko sędziowskie, lecz przez polityczny dźwig Krajowej Rady Sądownictwa w wersji po przeróbce, tej samej, która od lat pełni funkcję legalizatora decyzji partyjnych, udając organ konstytucyjny.
Jej kariera to nie jest klasyczna droga prawnika. To raczej ruchome schody w galerii handlowej władzy: wchodzisz, stoisz, jedziesz do góry. Była urzędniczką w Ministerstwie Sprawiedliwości, wierną wykonawczynią reform Ziobry, a gdy przyszła pora na nagrody, awansowała do Sądu Najwyższego szybciej, niż przeciętny sędzia zdążyłby złożyć wniosek urlopowy. Potem już poszło gładko: Izba, która miała nie istnieć, stanowisko, które miało być bezdyskusyjne, i tytuł Pierwszej Prezes, który miał przykryć wszystkie wątpliwości jak dywan z Ikei przykrywa krzywą podłogę.
Dziś Manowska jest oburzona. Oburzona, bo Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości, ośmielił się nie zapytać jej o zdanie. To w świecie Manowskiej zbrodnia porównywalna z obrazą majestatu. Procedura, artykuł, ustęp, punkt – wszystko zostało przywołane z nabożeństwem godnym średniowiecznego kaznodziei. Problem w tym, że Manowska przez lata nie miała żadnych problemów z procedurami, gdy procedury łamano hurtowo, a konstytucja była rozjeżdżana walcem partyjnym. Wtedy milczała. Beton też milczy, gdy po nim jeżdżą.
Jeszcze zabawniejsza jest Krajowa Rada Sądownictwa, ten organ-zombie, który od dawna nie żyje konstytucyjnie, ale nadal chodzi, mówi i wydaje opinie. KRS w obecnym kształcie to rada nadzorcza systemu, który sam siebie kontroluje i zawsze wystawia sobie laurkę. Jeśli ktoś ją pominie, KRS reaguje jak klub obrażonych dżentelmenów: podnosi larum, że naruszono świętość, choć ta świętość dawno została zastawiona w lombardzie polityki.
Manowska zarzuca ministrowi, że podważa niezależność sądownictwa. To brzmi mniej więcej tak, jakby kierownik betoniarni oskarżał architekta o brak finezji. Przez lata Pierwsza Prezes firmowała decyzje, które rozsadzały zaufanie do sądów, tolerowała dublerów, akceptowała chaos i udawała, że wszystko jest w najlepszym porządku. Teraz, gdy ktoś mówi „sprawdzam”, Manowska krzyczy, że to atak.
To oburzenie jest o tyle komiczne, że ma w sobie element teatralny. Oto osoba, która przez całą swoją kadencję była symbolem podporządkowania Sądu Najwyższego władzy wykonawczej, nagle odkrywa, że władza wykonawcza potrafi ją zignorować. To musi boleć. Jakby beton nagle zrozumiał, że nie jest fundamentem, tylko przeszkodą.
KRS wtóruje jej chórem, choć ten chór od dawna śpiewa fałszywie. Organ, który został upolityczniony do granic przyzwoitości, dziś domaga się respektowania procedur. To jest ten moment, gdy złodziej woła „łapać złodzieja”, a widownia nie wie, czy śmiać się, czy płakać.
Cała ta historia nie jest sporem o Radę Programową, artykuł szósty czy punkt szósty. To jest spór o to, czy beton ma dalej udawać marmur. Czy osoby, które brały udział w dewastacji państwa prawa, mogą dziś z kamienną twarzą pouczać innych o legalizmie. Manowska poczuła się pominięta, bo przez chwilę ktoś potraktował ją tak, jak ona przez lata traktowała prawo: instrumentalnie.
I w tym sensie reakcja Manowskiej jest wręcz wzorcowa. System, który ją stworzył, nauczył ją jednego: że urząd jest ważniejszy niż sens, a procedura ważniejsza niż sprawiedliwość. Gdy więc ktoś wyciąga jej spod nóg ten betonowy piedestał, reaguje oburzeniem. Bo beton nie znosi ruchu. Beton pęka.
A pęknięcia widać dziś coraz wyraźniej.
I tu warto na chwilę zdjąć ironiczny cylinder i powiedzieć wprost, o co w tej awanturze naprawdę chodzi, bo cała reszta to tylko teatralne oburzenie.
Spór dotyczy Rady Programowej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury – ciała, które ma wpływ na to, jak kształci się przyszłych sędziów i prokuratorów. Ustawa zobowiązuje ministra sprawiedliwości, by zwrócił się o wskazanie kandydatów m.in. do Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego oraz do Krajowej Rady Sądownictwa. I Waldemar Żurek dokładnie to zrobił. Procedura została uruchomiona, pisma wysłane, odpowiedzi przyszły.
Różnica polega na tym, że minister nie uznał, iż samo wskazanie kandydata oznacza automatyczne prawo do miejsca przy stole. Nie powołał ani osoby zaproponowanej przez Małgorzatę Manowską, ani kandydata wskazanego przez KRS. I to właśnie ten moment został uznany przez beton za zamach stanu.
Problem Manowskiej i KRS polega na tym, że przez lata funkcjonowały w systemie, w którym ich decyzje były niekwestionowane, a ich status traktowany jak dogmat. Tymczasem ustawa nie nakłada na ministra obowiązku bezrefleksyjnego akceptowania każdej kandydatury. Nakłada obowiązek wysłuchania. Wysłuchano – i odmówiono.
Cała reszta to już tylko retoryka o rzekomym podważaniu niezależności sądów. Trudno ją traktować poważnie w ustach osób, które milczały, gdy niezależność sądów była demontowana systemowo, hurtowo i bez żadnych skrupułów. Dziś oburzenie pojawia się nie dlatego, że złamano prawo, lecz dlatego, że ktoś przestał udawać, iż beton jest marmurem.
To nie jest konflikt o jeden artykuł ustawy. To jest konflikt o koniec przywileju bycia nietykalnym. A na to ani Małgorzgata Manowska, ani Krajowa Rada Sądownictwa nie były przygotowane.

Dodaj komentarz