


Poranek był chłodny, ale nie nieprzyjemny, taki marcowy kompromis między zimą a nadzieją, kiedy słońce świeci jak urzędnik pierwszego dnia pracy – niby jest, ale jeszcze nie wiadomo, czy coś z tego wyniknie. Na ławce siedział starszy pan i czytał gazetę z miną człowieka, który już wszystko widział, tylko skala absurdu wciąż potrafi go zaskoczyć.
I rzeczywiście, było czym się zaskakiwać.
Bo oto historia, która powinna wisieć w gablotach obok konstytucji i rachunku za prąd – jako przestroga i jako dowód, że polityka bywa formą zbiorowego upojenia bez alkoholu.
Rok 2018. Szczyt władzy Jarosława Kaczyńskiego, który w tamtym czasie przypominał dyrygenta orkiestry grającej wyłącznie jego ulubiony marsz, niezależnie od nut i pogody. Premier wymieniony jak filtr w ekspresie, prezydent zdyscyplinowany do poziomu funkcji pomocniczej, państwo podporządkowane jednej narracji, jednej emocji i jednemu telefonowi.
I wtedy wchodzi Donald Trump.
Nie jako partner. Nie jako sojusznik. Nawet nie jako przeciwnik. Wchodzi jako właściciel świata uproszczonego do transakcji i interesu, gdzie przyjaźń mierzy się częstotliwością zdjęć, a lojalność – użytecznością.
I co robi? Nic. A to „nic” jest najbardziej bolesną formą politycznego policzka.
Bo nie ma spotkań. Nie ma zaproszeń. Nie ma rozmów. Jest dyplomatyczna próżnia, w której Polska krąży jak satelita bez sygnału, przekonana, że zaraz ktoś odbierze.
Powód był konkretny i bardzo materialny: ustawa o IPN, legislacyjny twór tak toporny, że przypominał młotek używany do naprawy zegarka. Próba regulowania pamięci historycznej paragrafem wywołała efekt dokładnie odwrotny – zamiast godności była kompromitacja, zamiast powagi – międzynarodowe zdumienie.
Amerykanie i Izraelczycy nie wdawali się w filozofię. Oni po prostu zamknęli drzwi.
A PiS stał pod tymi drzwiami jak gość, który najpierw obraził gospodarza, a potem pyta, czy może jednak wejść na deser.
To nie było upokorzenie. To była procedura dyscyplinująca, przeprowadzona z chłodną skutecznością korporacyjnego menedżera. Szybka, czytelna, bez zbędnych emocji.
I efekt był natychmiastowy.
Ustawa została wycofana w tempie, które w normalnym państwie zarezerwowane jest dla awarii elektrowni. Jednego dnia była fundamentem godności narodowej, drugiego dnia – problemem do sprzątnięcia.
To jest moment, w którym kończy się opowieść o suwerenności, a zaczyna instrukcja obsługi zależności.
Ale prawdziwa literatura zaczyna się dopiero później.
Bo PiS, zamiast wyciągnąć wnioski, zakochał się jeszcze bardziej. Jak bohater, który po kolejnym rozczarowaniu uznaje, że tym razem na pewno będzie inaczej, bo przecież musi.
Trump przegrał wybory, przyszedł Biden, który PiS traktował z chłodnym dystansem urzędnika pamiętającego wcześniejsze ekscesy. Kontakty były, owszem, ale w trybie użytkowym, nie towarzyskim. Polska była potrzebna – więc była widziana.
I nagle powrót Trumpa.
W PiS wywołało to reakcję przypominającą euforię dawnego klienta, który znów zobaczył swojego wierzyciela i uznał to za oznakę przyjaźni.
Dziś relacja jest już nie tyle polityczna, co strukturalna. Ludzie Trumpa współtworzą agendę, podpowiadają kierunki, wskazują, gdzie nacisnąć, żeby zabolało Unię. Nawrocki wykonuje ruchy, które mają sens nie tyle w Warszawie, co w Waszyngtonie.
To nie jest sojusz. To jest outsourcing polityki. A Nawrocki w tej układance wygląda jak podpis pod cudzym dokumentem – potrzebny tylko po to, żeby ktoś inny mógł powiedzieć, że to jednak decyzja suwerenna.
A w tle – jak zawsze – polski teatr wewnętrzny.
Podziemia kościoła, Macierewicz i jego nagłe zainteresowanie gospodarką, które brzmi jak dowcip, ale niestety nim nie jest. Jeśli człowiek od teorii zamachu zaczyna mówić o ekonomii, to nie znaczy, że poszerzył kompetencje. To znaczy, że zmienił scenę.
PiS przypomina dziś organizm, który walczy już nie z przeciwnikami, ale z własnymi komórkami. Frakcje, podejrzenia, spotkania w półmroku, rozmowy „kolega mówił, że ktoś powiedział” – wszystko to tworzy klimat, w którym lojalność jest towarem sezonowym.
A nad tym wszystkim unosi się Przemysław Czarnek, kandydat na premiera, który postanowił walczyć z fotowoltaiką, mając ją na własnym dachu. To już nie jest sprzeczność – to jest intelektualny rozkład w czasie rzeczywistym, transmitowany bez cenzury i bez wstydu.
To jest moment czysto felietonowy.
Człowiek mówi jedno, robi drugie, a tłumaczy to trzecim, i wszystko to razem składa się na opowieść, która ma sens tylko w świecie, gdzie logika jest fakultatywna.
Rolnicy patrzą na to bez złudzeń. Oni nie czytają teorii, oni liczą. Wiedzą, ile kosztuje prąd, ile daje panel i ile warte są słowa polityka, który chce wyrzucić coś, co przynosi zysk.
Ich komentarze są proste i bolesne. Nie potrzebują metafor. Metaforą jest sam Czarnek. Człowiek, który mówi o „świństwie” z własnego dachu, brzmi jak kelner plujący do zupy i przekonujący, że to nowa metoda doprawiania – brutalnie bezczelna, a przy tym boleśnie szczera diagnoza własnej jakości.
A młodzież?
PiS jedzie na uczelnie, rozmawia, prowokuje, zbiera gwizdy i nagrywa rolki. Próbuje być nowoczesny jak człowiek, który zakłada sneakersy do garnituru i myśli, że to wystarczy.
To nie jest dialog. To jest casting na uwagę.
I tak zamyka się ten obraz.
Ale zanim kurtyna opadnie, wyobraźmy sobie jeszcze jedną scenę.
Stół. Ciężki, drewniany, trochę jak z sali narad, trochę jak z wesela, na którym nikt nie chce tańczyć. Przy stole siedzą trzej panowie: Macierewicz, Czarnek i Nawrocki. Każdy z nich ma przed sobą kartkę, ale każdy czyta inną historię.
Macierewicz opowiada o niewidzialnych siłach, które sterują światem, i robi to z powagą człowieka, który wreszcie znalazł publiczność odporną na fakty. Czarnek poprawia mankiet i tłumaczy, że panele są złe, ale jego są dobre, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. Nawrocki milczy częściej, niż mówi, ale kiedy mówi, to tak, jakby ktoś mu wcześniej wgrał aktualizację z instrukcją obsługi decyzji.
Nad stołem unosi się zapach kadzidła i lekkiej paniki. Każdy chce być najbliżej prezesa, ale każdy wie, że krzesła są tylko dwa, a stołek jest jeden.
Rozmawiają o Polsce, ale brzmią, jakby rozmawiali o firmie, którą trzeba sprzedać, tylko jeszcze nie wiadomo komu i za ile. I wtedy ktoś gasi światło. Na chwilę zapada cisza.
A kiedy światło wraca, każdy z nich siedzi już trochę inaczej, trochę dalej od siebie, trochę bardziej samotny.
I to jest być może najuczciwszy obraz tej polityki.
Bo najgorsze nie jest to, że ktoś się myli. Najgorsze jest to, że ktoś przestaje widzieć różnicę między własnym interesem a państwem. A wtedy nawet śmiech przestaje być bezpieczny.
Zostaje tylko to nieprzyjemne uczucie, że ktoś właśnie zamienił wspólne na prywatne — i zrobił to tak sprawnie, że część widowni jeszcze bije brawo.
A potem orientujesz się, że to nie jest już przedstawienie, tylko instrukcja.
Instrukcja, jak sprzedać państwo kawałek po kawałku, na raty, z uśmiechem i patriotycznym sloganem w tle.
I że największy dowcip polega na tym, że publiczność płaci za bilety.
I jeszcze dziękuje.
A najbardziej gorzka pointa przychodzi chwilę później.
Kiedy dociera do ciebie, że to nie oni są największym problemem.
Największym problemem jest to, że ktoś im na to wszystko pozwala.
Bo władza, która robi z państwa folwark, zawsze znajdzie chętnych do zarządzania stajnią.
Ale społeczeństwo, które to ogląda i wzrusza ramionami, nie jest już ofiarą. Jest wspólnikiem.
I wtedy przestaje być śmiesznie. Zostaje tylko rachunek do zapłacenia przez wszystkich.

Dodaj komentarz