ATAK NA CZARZASTEGO, CZYLI JAK STRASZYĆ DUCHEM PRL-U, GDY BRAKUJE POMYSŁÓW

Warszawa

Polska polityka znów odkryła koło. A właściwie odgrzała kotlet, który pamięta jeszcze czasy, gdy kotlety były na kartki. Oto Włodzimierz Czarzasty stał się nagle wszystkim naraz: twarzą rządu, cieniem Kremla, duchem PRL-u i odpowiedzią na każde pytanie zadane w sondażach Prawa i Sprawiedliwości. Brakuje tylko, by przypisano mu winę za zimę, śnieg i to, że kawa stygnie szybciej niż kiedyś.

Plan jest prosty jak instrukcja obsługi cepa. Jarosław Kaczyński uznał, że skoro PiS nie ma większości, to przynajmniej będzie miało hałas. I tak oto rusza kampania „stary komunista”, „rosyjskie związki”, „tajne kontakty”, podlana sosem z Telewizji Republika i posypana cytatami z Gazety Polskiej. Danie dnia: podejrzenie bez dowodów, podawane na zimno, ale krzyczane bardzo głośno.

Najzabawniejsze jest to, że PiS nie składa wniosku o odwołanie marszałka. Bo jak tu przegrać głosowanie, skoro można nie głosować wcale? To nowa szkoła opozycyjnej odwagi: odważnie nie sprawdzać, czy ma się rację. Lepiej krzyczeć na konferencjach, kręcić rolki i liczyć, że algorytm zrobi resztę. Demokracja według Nowogrodzkiej: dużo decybeli, mało liczb.

W tym teatrze cieni Donald Tusk występuje w roli rekwizytu. PiS próbuje wmówić wyborcom, że premier „broni Czarzastego”, jakby bronił go przed smokiem wawelskim, a nie przed publicystyczną fantazją. To wygodne, bo łatwiej straszyć jednym nazwiskiem niż zmierzyć się z faktem, że po ośmiu latach rządów zostało się partią protestu… przeciwko własnej przeszłości.

PSL? Ach, PSL. Zespół obrotowy, który obraca się tak długo, aż dostanie zawrotów głowy, po czym staje tam, gdzie akurat jest stabilniej. Władysław Kosiniak-Kamysz wygląda w tej historii jak człowiek próbujący przejść suchą stopą przez bagno, w którym PiS specjalnie podnosi poziom wody. Raz lojalność, raz skrzywiona mina, zawsze kalkulator w kieszeni.

Do chóru dołącza Pałac Prezydencki. Karol Nawrocki zwołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego, bo marszałek Sejmu śmiał użyć „weta marszałkowskiego”. Antykomunistyczna wrażliwość Sławomira Cenckiewicza reaguje na Czarzastego jak alergia na kurz: gwałtownie i bez potrzeby. Wygląda to trochę tak, jakby historia miała zostać użyta jako pałka, a nie jako podręcznik.

Na deser wjeżdżają Stany Zjednoczone i Donald Trump. Gdy marszałek Sejmu mówi, że Nobel Pokoju dla Trumpa to pomysł równie trafiony jak parasol w huraganie, ambasador się obraża. Trump, człowiek-ego, który do pokoju podchodzi jak do transakcji na parkingu, ma dostać Nobla? To już nie ironia — to kabaret. Czarzasty w tej sprawie mówił rzeczy oczywiste. I właśnie dlatego PiS dostało nową amunicję.

Cała ta ofensywa ma jeden cel: przykryć erozję. PiS traci wyborców, hegemonię i sens, więc wraca do sprawdzonych strachów. Problem w tym, że elektorat się zmienił. Duch PRL-u straszy dziś głównie tych, którzy boją się spojrzeć w lustro. A lustro pokazuje partię, która zamiast programu ma megafon, zamiast wniosku — insynuację, a zamiast odwagi — konferencję prasową.

Puenta jest prosta jak zima w lutym: służby nie mają zastrzeżeń, faktów brak, krzyk jest. I tylko śnieg pada dalej, starość postępuje zgodnie z planem, a polityka — jak zwykle — udaje, że hałas to argument.

Czarzasty zostanie. PiS pokrzyczy. A wyborcy? Coraz częściej wyłączają dźwięk.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights