
No i znów Andrzej Duda zabłysnął. Tym razem nie na arenie międzynarodowej, nie w Sejmie, nie w Pałacu, lecz na ringu internetowego kabaretu, gdzie zamiast argumentów lecą memy, a zamiast godności – gify. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, człowiek z długopisem i brakiem własnej woli, postanowił zadrwić z ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Zrobił to oczywiście z wdziękiem TikTokera po trzecim piwie i precyzją gimnazjalisty rzucającego sucharem przy stole wigilijnym.
W roli „ciosu” – bimber z Podlasia. W roli zagrożenia dla państwa – minister Żurek. A wszystko to na bazie starego mema z czasów pandemii. No bo przecież kiedy brakuje klasy, rozumu i refleksji, to zawsze pozostaje internetowy śmieszek. Kto przez dekadę mylił Konstytucję z serwetką z restauracji sejmowej, ten uzna taki poziom narracji za szczyt państwowego majestatu.
Ale Duda to nie tylko prezydent od memów. To również niekwestionowany lider w kategorii „kompromitacja międzynarodowa dekady”. Kto nie pamięta jego legendarnego: „I was in Belvedere, and now I’m in White House, and I am very happy” – ten nie zna bólu istnienia. Tłumacz zapłakał, Biden się oddalił, a naród zapadł się pod ziemię.
Dodajmy do tego niesławne skoki przez barierki – jakby prezydentem był nie głową państwa, a członek grupy parkour z osiedla. Kto inny, jak nie Andrzej „Silni Razem, ale z Kaczyńskim” Duda, mógł patronować narodowi przez 10 lat, nie mając nawet planu na 10 minut bez kompromitacji?
Nie zapominajmy o Dudzie-raperze. Jego występ w #Hot16Challenge2 był jak wesele w remizie o czwartej nad ranem, tylko mniej składny i bardziej żenujący. To nie był rap – to była narodowa agonia w rytmie disco polo. Historia pisana pustym spojrzeniem w kamerę.
Dziś, u schyłku kadencji, Duda odkrywa nowe powołanie: stand-uper polityczny. Drwi z ministra, kpi z reform, śmieszkuje jak chłopiec z komentarzy na Onecie. Czemu nie? To przecież ten sam Duda, który ułaskawia zanim zapadnie wyrok, podpisuje ustawy na dworcach i w piwnicach, a do Brukseli jeździ jak na klasówkę bez zeszytu i ołówka.
Tylko że ten kabaret już nikogo nie bawi. To nie Duda ironiczny. To Duda – Durex polityki: rozciągliwy, niepewny, wiecznie przypadkowy. Człowiek bez planu, bez wizji, bez godności – ale z dostępem do internetu.
Na szczęście kończy się ta osobliwa epoka. Już za chwilę Andrzej Duda zjedzie z politycznej sceny na nartach, z długopisem w jednej ręce i telefonem z TikTokiem w drugiej. Zostawi nam memy, wstyd i narodową traumę. Mógł być kimś – wybrał bycie Andrzejem z Twittera.
Zaiste, Andrzej Duda nam się udał. Jak katar w lipcu, jak guma do żucia w dywanie, jak kabaret bez pointy. I niech to będzie najuczciwsze, choć wciąż zbyt łagodne, podsumowanie jego prezydentury.
DZIEDZICTWO I PRZYSZŁOŚĆ ANDRZEJA DUDY. TRUDNE ROZMOWY O NICZYM
Co po Andrzeju zostanie? Kpiną opisywana prezydentura, która przypomina szlak narciarski po roztopach: śliska, nieprzewidywalna i pełna upadków. Dziedzictwo Dudy to zbiór zaniechań, podpisanych bubli prawnych, kapitulacji przed partyjnym szefem i zaskakująco częstych urlopów. Historia jego prezydentury to opowieść o człowieku, który przez dekadę niczego nie zainicjował, ale za to wszystkiemu przytakiwał.
Jego dziedzictwo to powoływanie sędziów „na telefon”, zrywanie z trójpodziałem władzy jak z niemodnym frakiem, ignorowanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE i wieczne występy w roli „chętnie podpisałbym, ale muszę zapytać w Nowogrodzkiej”.
To prezydentura nie decyzji, ale reakcji. Nie inicjatyw, ale reaktywności. Człowiek, który przez 10 lat był jak asystent w teatrze lalek: ręka na sznurku, uśmiech na twarzy i brak własnych kwestii.
A przyszłość? Andrzej Duda po kadencji będzie musiał gdzieś przeczekać. Może wróci na uczelnię, choć wykładać może co najwyżej sposoby eleganckiego uniku odpowiedzialności. Może zostanie influencerem patriotycznym, promującym narty, bimber i rozporządzenia. A może jednak wyląduje gdzieś w Brukseli, jako wysoki przedstawiciel ds. niczego, z dietą i immunitetem, który pozwoli mu znowu nic nie robić, ale tym razem w kilku językach, których nie zna.
Jedno jest pewne: Andrzej Duda przez 10 lat nie zostawił po sobie pomnika. Zostawił tylko echo. Pusty pogłos po prezydenturze, której jedyną ambicją było nie przeszkadzać i nie wyprzedzić prezesa.
A że prezydentura to nie konkurs na najgrzeczniejszego ucznia, lecz funkcja głowy państwa – to z tej głowy w przyszłości można by robić wykłady. Anatomii wstydu.

Dodaj komentarz