AMBASADORZE, PRZYHAMUJ. TO POLSKA, NIE PAŃSKA BAZA NATO

Warszawa

W sobotnie południe, kiedy człowiek powinien lepić pierogi, ćwiczyć omijanie Twittera, Facebooka i rozważać, czy pranie zrobione w czwartek już zasługuje na szacunek, czy na powtórkę — pojawił się ON. Z ambony dyplomatycznej, ubrany w głos absolutny, ambasador USA Thomas Rose przypomniał, że Polska jest nie tylko „liderem NATO”, ale także szkolnym prymusem, który ma teraz dać z łokcia reszcie klasy.

Z tonu pana ambasadora wynika, że najwyraźniej pomylił polską niepodległość z amerykańską franczyzą. Prawie słychać, jak z jego marynarki wystaje etykieta: „Made in Pentagon”.

Thomas Rose — świeżak, ale z animuszem — z pasją harcownika podpowiada Europie, że czas brać przykład z Polski. Zamiast stukać palcem w klawiaturę, powinien jednak stuknąć się w to, co dyplomacie powinno jeszcze grać pod włosami. Bo my tu rozliczamy rządy, walczymy z ruiną po Ziobrze, obchodzimy Chanukę mimo prezydenckich fochów, a pan ambasador w tym czasie wciela się w postać generała Pattona z TikToka.

Nie chodzi o to, że nie lubimy Amerykanów. Kochamy ich filmy, hamburgera da się zjeść, a ich samoloty latają nawet prosto. Ale kiedy ambasador zaczyna nam urządzać odprawy, przypomina to sytuację, gdy lokator z piętra wyżej przychodzi z pretensją, że nie zmieniliśmy firanek według zaleceń NATO.

Przypomnijmy, kim jest Thomas Rose. Człowiek bliski Trumpowi, jawnie sprzyjający jego polityce izolacjonizmu z podszyciem ortodoksyjnego sojuszu ze wszystkim, co brzmi jak militaryzm. Jest zdeklarowanym Żydem i nie ukrywa swej semickiej tożsamości — i bardzo dobrze. Problem w tym, że w tej samej Polsce prezydent Karol Nawrocki z jednej strony flirtuje z trumpizmem, z drugiej odmawia udziału w państwowej Chanuce, tłumacząc się „brakiem równowagi religijnej”. No to jak, panie prezydencie — kochamy Amerykę, ale nie do końca Żydów? To może chociaż połowicznie: Amerykanina posłuchamy, ale świeczki nie zapalimy?

Karol Nawrocki, przy okazji, to w tej opowieści taki lokaj historii, który nie tylko nie potrafi zorganizować uroczystości Chanuki, ale jeszcze udaje, że nie widzi, kto trzyma mu kapelusz. Kiedy ambasador Rose zaczyna przemawiać o „liderze NATO”, Nawrocki przestaje być prezydentem Polski, a staje się rezonerem z broszurki pod tytułem: „Jak przetrwać cztery lata i nie zapalić ani jednej świeczki”.

Ambasadorowi z kolei marzy się Polska jako przyczółek moralnej krucjaty — zbrojnej, oczywiście. W świecie Thomasa Rose’a NATO to rodzaj religii, a Polska to proboszcz, który ma zbierać na tacę w postaci patriotycznego entuzjazmu i uzbrojenia, najlepiej amerykańskiego. W sumie, trudno się dziwić — każdy kraj wysyła takich ambasadorów, jakich ma prezydentów.

A skoro już mowa o przywódcach — dziś mijają dokładnie dwa lata rządów Donalda Tuska. I warto mu pogratulować. Nie ironicznie, naprawdę. Bo mimo wszystkich problemów, polaryzacji, sabotażu prezydenckiego, mimo sypiącego się wymiaru sprawiedliwości, mimo katastrofalnej kondycji prokuratury i mimo braku wielu systemowych reform — ten rząd wciąż stoi. A Donald Tusk nie osiwiał do końca, choć kilka razy był blisko. To, co zrobiono: odblokowanie KPO, odbicie instytucji, utrzymanie pozycji KO na czele sondaży — to jednak coś znaczy.

To nie znaczy, że jest świetnie. Polska 2050 i PSL toną w sondażowych bagienkach jak kotwice zapomnianych sojuszy. Czarzasty, niby marszałek, ale z charyzmą kolegi z biblioteki, który ma pretensje, że nikt nie zauważył jego nowej marynarki. Zandberg? Nadal mówi mądrze, ale już nikt nie słucha, bo po jego zdaniach nie ma transferów socjalnych, tylko transfery tematów na listę „może kiedyś”.

W tym wszystkim rząd Tuska przypomina próbę sklejenia filiżanki po trzęsieniu ziemi — można to zrobić, ale nikt nie zagwarantuje, że z niej znów będzie można pić.

A media prawicowe? Jeden dzień: Tusk dyktator. Następny: Tusk za miękki. Potem: Niemiecki agent. W sobotę: lewak. W niedzielę: liberał bez jaj. Dajcie chłopu dzień wolnego, niech chociaż herbatę wypije.

I w tym wszystkim ambasador Thomas Rose staje się symbolem tej absurdalnej kakofonii. Za dużo dźwięków, za mało muzyki.

Może czas, by ktoś przypomniał ambasadorowi USA, że Polska to nie stan specjalny do testów patriotyzmu w wersji Texas Reloaded.

Może trzeba jasno powiedzieć: dziękujemy za sojusz, ale nie zamieniamy flagi biało-czerwonej na gwiaździsty sztandar. Choćby nie wiem, jak bardzo pan ambasador i Nawrocki chcieli, żebyśmy zagrali w amerykański sen z jego narracji, gdzie wszyscy są żołnierzami, a on gra pułkownika z misją.

Sobotnie popołudnie, panie Rose, to czas na rosół, rodzinę i dobrą prasę. Nie na kablówkę z przesłaniem.

PROSIMY NIE POUCZAĆ. MY JUŻ WIEMY, CO ROBIMY.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights