AMBASADOR W ROLI CENZORA, CZYLI JAK DYPLOMACJA ZAŁOŻYŁA CZAPKĘ Z BLACHY

Warszawa

Jest coś ujmująco bezczelnego w ambasadorze, który przyjeżdża do obcego kraju, rozsiada się jak w poczekalni własnego gabinetu i oznajmia: „z tym panem nie rozmawiamy, bo powiedział coś niemiłego o naszym szefie”. Dyplomacja? Nie. To raczej dziecięca obraza z piaskownicy, tylko łopatka jest większa, a piasek droższy.

Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce postanowił właśnie urządzić nam lekcję poprawnego myślenia. Wstrzymał kontakty z marszałkiem Sejmu, drugą osobą w państwie, bo ten ośmielił się powiedzieć głośno coś, co pół świata mówi po cichu: że Donald Trump z pokojem ma tyle wspólnego, co słoń z porcelaną, a Nagroda Nobla w jego rękach wyglądałaby jak gaśnica wręczona piromanowi.

Powód? „Obelgi”. Brzmi groźnie, prawda? Człowiek spodziewa się co najmniej rzucania butami. Tymczasem były to opinie. Krytyczne. Ostre. Ale mieszczące się w granicach wolności słowa. No chyba że ambasada USA uznała, iż wolność wypowiedzi obowiązuje tylko wtedy, gdy wszyscy kiwają głową i biją brawo.

Ambasador zachował się jak zarządca kolonii z epoki sepii. Przyszedł, tupnął i oznajmił, że nie będzie rozmawiał z legalnie wybranym marszałkiem, bo ten nie okazał wystarczającego entuzjazmu wobec prezydenta USA. To już nie dyplomacja. To polityczny foch w wersji premium.

A sam Trump? On oczywiście unosi się nad tym wszystkim jak balon wypełniony własnym ego. Człowiek, który myli politykę międzynarodową z handlem używanymi samochodami, a sojusze z kartą lojalnościową. Dla niego świat to plansza Monopoly. Grenlandia do kupienia. Organizacje międzynarodowe do wyrzucenia. Historia do przepisania markerem.

I oto jego ambasador przyjeżdża do Polski, kraju, który aż za dobrze zna smak cenzury, i próbuje nas pouczać, komu wolno mówić, a komu nie. Ironia? Raczej groteska. MSZ słusznie zauważa, że karanie za wypowiedzi pachnie cenzurą. Pachnie też arogancją. I brakiem elementarnego zrozumienia, gdzie się jest.

W tym całym teatrze żałośnie prezentuje się Pałac Prezydencki i jego lokator. Prezydent Nawrocki oraz jego otoczenie zachowują się jak chór klakierów wynajętych do potakiwania ambasadorowi. Zamiast stanąć w obronie powagi państwa, rzucają oskarżenia, wyciągają stare historie i udają, że problemem nie jest obcy dyplomata pouczający Sejm, tylko marszałek, który miał czelność myśleć samodzielnie.

Cenckiewicz, Przydacz i reszta tej drużyny reagują jak strażnicy ideologicznej czystości. W ich świecie suwerenność jest dobra, o ile zgadza się z instrukcją z ambasady. Gdy nie, natychmiast staje się „demolowaniem relacji”. Relacje najwyraźniej rozumiane jako bezwarunkowe posłuszeństwo.

Cała ta historia mówi o jednym. O tym, jak łatwo niektórzy mylą sojusz z uległością. Jak chętnie oddaliby mikrofon, konstytucję i zdrowy rozsądek, byle tylko ktoś z Waszyngtonu poklepał ich po głowie.

Polska nie jest protektoratem. Marszałek Sejmu nie jest uczniem na dywaniku. A ambasador nie jest namiestnikiem. Jeśli ktoś o tym zapomniał, warto mu to spokojnie, acz stanowczo przypomnieć.

Bo wolność słowa nie kończy się tam, gdzie zaczyna się urażone ego Donalda Trumpa. Nawet jeśli bardzo by tego chciał.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights