
Są w polityce momenty, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jeszcze żyje w państwie suwerennym, czy już w jakimś eksperymencie społecznym, w którym ambasador obcego kraju postanowił spróbować swoich sił jako lokalny prokurator, recenzent moralności i okazjonalny nauczyciel demokracji dla tubylców.
I wtedy pojawia się on — Thomas Rose. Ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce. Człowiek, który najwyraźniej uznał, że skoro przyleciał tu samolotem dyplomatycznym, to wysiadł nie w Warszawie, tylko w jakiejś miękkiej kolonii, gdzie można pouczać, oceniać i rozstawiać po kątach marszałków Sejmu jak niesforne dzieci na szkolnym apelu.
Dyplomata czy komentator z sekcji komentarzy?
Bo trzeba przyznać — jest w tym jakaś świeżość. Dawniej ambasadorowie pisali depesze, spotykali się dyskretnie, uśmiechali się półgębkiem i mówili rzeczy, które brzmiały jak nic, ale znaczyły wszystko. Dziś ambasador wchodzi na X i zaczyna wyjaśniać Polakom, kim jest Włodzimierz Czarzasty. Skrajnie lewicowy, były aparatczyk, zagrożenie, destabilizator, człowiek, który — o zgrozo — ośmielił się powiedzieć coś niepochlebnego o prezydencie USA.
Wyobraźmy sobie przez chwilę sytuację odwrotną. Ambasador Polski w Waszyngtonie pisze publicznie, że któryś z liderów Kongresu to „skrajny populista o wątpliwej przeszłości”, a jego wypowiedzi „szkodzą relacjom międzynarodowym”. Wyobrażacie to sobie? Bo ja nie. Ja sobie wyobrażam raczej natychmiastowy telefon, dyplomatyczny zgrzyt i eleganckie, ale stanowcze „prosimy spakować walizki”.
Ale tutaj? Tutaj ambasador USA najwyraźniej uznał, że obowiązują inne zasady. Bo przecież on nie przyjechał rozmawiać. On przyjechał zarządzać nastrojami.
PREZYDENT CHAOSU I JEGO MISJONARZE
A nad tym wszystkim unosi się duch jego przełożonego — Donalda Trumpa. Człowieka, który postanowił urządzić świat na własnych zasadach, trochę jak właściciel kasyna, który uznał, że skoro rozdaje karty, to może też zmieniać reguły gry w trakcie rozdania. Trump nie prowadzi polityki. Trump prowadzi widowisko. A ambasadorowie, tacy jak Rose, są jego objazdową trupą teatralną, która ma tłumaczyć publiczności, dlaczego chaos jest w gruncie rzeczy strategią, a brak przewidywalności — nową formą stabilności.
Problem polega na tym, że Polska nie jest sceną w tym przedstawieniu. Przynajmniej teoretycznie.
Dyplomacja po amerykańsku: tupet, pewność i brak refleksji
W tym wszystkim najbardziej uderzające nie jest nawet to, co Rose mówi. Najbardziej uderzające jest to, jak mówi. Ten ton. Ta pewność. To przekonanie, że można wejść do cudzego domu, rozejrzeć się i powiedzieć: „nie podoba mi się wasz sposób urządzania salonu, a ten pan na kanapie to w ogóle powinien się wynieść”.
To nie jest dyplomacja. To jest coś pomiędzy komentarzem internetowym a kolonialnym odruchem, który każe zakładać, że skoro jesteśmy silniejsi, to możemy sobie pozwolić na więcej.
I może rzeczywiście mogą. Pytanie tylko, czy powinni.
POLSKA – PARTNER CZY UCZEŃ?
W całej tej historii najciekawsze jest to, jak łatwo niektórzy w Polsce przyzwyczaili się do takiego tonu. Bo przecież to nie pierwszy raz, kiedy ktoś zza oceanu tłumaczy nam, co powinniśmy myśleć, kogo szanować, a kogo ignorować. Różnica polega na tym, że kiedyś robiono to subtelnie. Dziś robi się to publicznie, głośno i z miną człowieka, który jest przekonany, że wykonuje misję cywilizacyjną. Tylko że Polska nie jest uczniem w tej klasie. A ambasador — wbrew pozorom — nie jest nauczycielem. Jest gościem. I to jest słowo, które najwyraźniej gdzieś się w tej historii zgubiło.
GDZIE JEST GRANICA?
Bo problem nie polega na tym, że ambasador ma poglądy. Niech ma. Nawet barwne. Problem polega na tym, że zaczyna zachowywać się tak, jakby był uczestnikiem polskiej sceny politycznej, a nie jej obserwatorem. A to już nie jest dyplomacja. To jest ingerencja.
I teraz pytanie, które wisi w powietrzu: gdzie jest granica? Bo jeśli ambasador może publicznie atakować jednego z najważniejszych polityków w kraju, to co będzie następne? Ocena ustaw? Wskazywanie, kto powinien wygrać wybory? Może lista „akceptowalnych” polityków?
Brzmi absurdalnie? Oczywiście. Ale jeszcze kilka lat temu absurdalne wydawało się wiele rzeczy, które dziś oglądamy w codziennych wiadomościach.
ŚWIAT NA CZYICH ZASADACH?
Trump chce świata, w którym silniejszy mówi głośniej, a reszta słucha. Rose najwyraźniej uznał, że jego rolą jest ten świat tłumaczyć i — jeśli trzeba — egzekwować.
Tylko że Europa, a już na pewno Polska, nie jest dodatkiem do amerykańskiej polityki wewnętrznej. I może warto to czasem przypomnieć. Nawet jeśli ambasador uzna to za „podżegającą retorykę”.
NA KONIEC: LEKCJA DOBRYCH MANIER
Bo cała ta historia sprowadza się w gruncie rzeczy do czegoś bardzo prostego. Do elementarnej kultury. Można się nie zgadzać. Można krytykować. Można nawet się oburzać. Ale jest różnica między rozmową a pouczaniem. Między partnerstwem a protekcjonalnością. Między dyplomacją a bezczelnością.
I to jest różnica, której — patrząc na ostatnie występy ambasadora — ktoś najwyraźniej nie zdążył opanować. Być może w programie szkolenia zabrakło jednego modułu. Pod tytułem: „jak być gościem i nie zachowywać się jak właściciel”. Na szczęście to lekcja, którą można jeszcze odrobić. O ile ktoś w ogóle uzna, że warto.

Dodaj komentarz