
W Wielki Piątek świat powinien zwolnić, przyciszyć się, zamknąć na chwilę usta i posłuchać własnego sumienia, ale jak się okazuje, nie dotyczy to wszystkich, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że to idealny moment, żeby wygłosić kazanie, pouczyć innych i jeszcze przy okazji tupnąć nogą jak obrażony chłopiec, któremu nie pozwolono bawić się cudzymi zabawkami. Tym razem rolę tę z pełnym zaangażowaniem odegrał ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce, który najwyraźniej pomylił dyplomację z komentowaniem meczu w barze o trzeciej nad ranem.
Bo oto pojawia się wpis, tonem nie tyle dyplomatycznym, co pretensjonalnym, w którym Europa zostaje zrugana jak niesforny uczeń, który nie chce oddać ściągi starszemu koledze. Padają słowa o braku odwagi, o niewystarczającej lojalności, o tym, że Ameryka przecież tylko chciała „dostępu”, tylko kawałka przestrzeni powietrznej, tylko drobnej przysługi w wojnie, którą sama rozpętała, jakby chodziło o pożyczenie cukru od sąsiada, a nie o udział w konflikcie, który pachnie prochem i ropą.
Człowiek czyta te zdania i ma wrażenie, że oto dyplomacja, ta stara, elegancka sztuka mówienia półsłówkami, została zamieniona w komunikat z megafonu na stadionie, gdzie ktoś krzyczy do tłumu, że jak nie kibicujesz, to jesteś przeciwko nam. Problem polega na tym, że to nie jest stadion, tylko kontynent, a konsekwencje takich krzyków nie kończą się na gwizdach.
Ambasador, który powinien być mostem, zachowuje się jak kontroler biletów, sprawdzający, kto jest wystarczająco lojalny, a kto powinien zostać wysadzony na najbliższej stacji, tylko że tym razem pociąg już jedzie, a on stoi na peronie i krzyczy, że wszyscy jadą nie tak, jak powinni. I robi to z miną człowieka święcie przekonanego, że pełni misję cywilizacyjną, podczas gdy w rzeczywistości przypomina raczej objazdowego kaznodzieję, który wszedł do kościoła dyplomacji w brudnych butach i zaczął walić pięścią w ambonę.
Wyobraźmy sobie tę scenę dokładniej, bez dyplomatycznej mgły i protokołu: ambasador stoi jak proboszcz od geopolityki, podnosi rękę, a zamiast Ewangelii cytuje wpisy z własnego konta, wierni – czyli sojusznicy – siedzą w ławkach i udają, że słuchają, choć każdy patrzy w podłogę, żeby nie parsknąć śmiechem albo nie wyjść trzaskając drzwiami. Zamiast kadzidła unosi się zapach spalonej cierpliwości, a kazanie brzmi mniej więcej tak: macie być lojalni, macie być wdzięczni, macie być gotowi, bo inaczej jesteście nieużyteczni.
I w tej groteskowej liturgii dyplomacji wszystko jest odwrócone: kaznodzieja poucza wiernych, choć sam zgubił sens modlitwy, moralność zamienia się w transakcję, a wspólnota w listę zobowiązań. Tyle że to nie jest niedzielna msza, tylko polityka, w której każde takie kazanie zostawia rysy, pęknięcia i zwyczajną ludzką niechęć.
To zresztą nie pierwszy raz, kiedy z tej strony Atlantyku płyną do nas pouczenia, które mają w sobie więcej buty niż sensu. Już wcześniej słyszeliśmy te nuty: że Polska powinna, że Europa musi, że lojalność to nie wybór, tylko obowiązek, a każdy, kto zadaje pytania, jest podejrzany o brak wdzięczności. Dyplomacja w wydaniu nowej szkoły przypomina coraz bardziej rozmowę z windykatorem, który dzwoni nie po to, żeby negocjować, tylko żeby przypomnieć, kto tu komu coś „zawdzięcza”.
I w tym wszystkim jak cień za ambasadorem stoi jego zwierzchnik, człowiek, który uczynił z chaosu metodę, a z ignorancji styl rządzenia. Donald Trump, polityczny ekwiwalent młota pneumatycznego, który wali w rzeczywistość z uporem godnym lepszej sprawy, przekonany, że im głośniej, tym mądrzej. To on nauczył swoich ludzi, że dyplomacja nie polega na rozumieniu świata, tylko na narzucaniu własnej narracji, nawet jeśli ta narracja przeczy faktom, logice i elementarnej przyzwoitości.
Trump, który potrafi w jednym zdaniu ogłosić zwycięstwo, którego jeszcze nie ma, i zakończenie wojny, która dopiero się zaczyna, stworzył model przywództwa, w którym odpowiedzialność jest zbędnym balastem, a rzeczywistość przeszkodą w budowaniu opowieści. Jego polityka przypomina grę w pokera, w której ktoś ciągle podbija stawkę, nie mając kart, tylko że przy okazji podpala stół i ma pretensje do innych, że nie chcą dalej grać.
To nie jest już nawet cynizm, to jest coś znacznie bardziej prymitywnego: wiara, że świat działa jak reality show, w którym wystarczy być głośniejszym, bardziej bezczelnym i mniej odpowiedzialnym niż inni, żeby wygrać. Problem polega na tym, że w przeciwieństwie do telewizji tutaj ludzie naprawdę giną, gospodarki naprawdę się chwieją, a sojusze naprawdę się rozpadają – tylko w tej narracji nikt nie ma czasu, żeby się tym przejmować.
I nagle okazuje się, że ten styl myślenia przecieka do dyplomacji, zamieniając ambasadorów w komentatorów, a sojusze w transakcje, w których liczy się tylko to, kto komu i jak bardzo się podporządkuje. Nie ma już miejsca na rozmowę, jest za to miejsce na oczekiwania, żądania i pretensje, które brzmią jak wyrzut, że świat nie chce grać według jednego scenariusza.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że cała ta tyrada o lojalności i odwadze brzmi jak wykład o moralności wygłaszany przez kogoś, kto właśnie podpalił kuchnię i ma pretensje, że inni nie chcą przynieść benzyny. Bo przecież to nie Europa rozpoczęła tę awanturę, nie Europa ją eskaluje i nie Europa próbuje teraz przekonać resztę świata, że wszystko jest pod kontrolą, choć z każdej strony sypią się iskry.
Ambasador mógłby więc na chwilę odłożyć megafon i spojrzeć w lustro, ale to wymagałoby czegoś, czego w tej całej opowieści najbardziej brakuje – odrobiny refleksji. A refleksja jest niewygodna, bo zmusza do zadawania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi, a prostota jest przecież fundamentem tej nowej, hałaśliwej polityki.
I dlatego Wielki Piątek znów okazuje się boleśnie aktualny, bo pokazuje, że historia lubi się powtarzać nie dlatego, że ludzie niczego się nie uczą, tylko dlatego, że wciąż znajdują się tacy, którzy wolą krzyczeć niż słuchać, pouczać niż rozumieć i wymagać od innych odwagi, której sami nie mają.
A gdzieś w tym wszystkim jest jeszcze scena z Polski, krótka jak mrugnięcie oka, ale mówiąca więcej niż tysiąc analiz. W jednym kącie sali stoi Karol Nawrocki, wyprostowany jak do apelu, z miną człowieka, który właśnie usłyszał głos z nieba, tylko że ten głos ma amerykański akcent i profil na X. Słucha z nabożeństwem i lekkim przerażeniem, jak uczeń, który wie, że odpowiedź jest zła, ale i tak podnosi rękę, żeby się przypodobać. W jego spojrzeniu widać tę dziecięcą nadzieję, że może tym razem dostanie pochwałę, może zostanie zauważony, może zostanie prymusem w klasie, w której nikt nie rozdaje świadectw, tylko rachunki.
A reszta sceny politycznej patrzy na to z niesmakiem, jak na przedstawienie, które dawno powinno zejść z afisza, tylko nikt nie ma odwagi zgasić światła. Jedni kręcą głowami, inni udają, że to ich nie dotyczy, jeszcze inni próbują coś powiedzieć, ale słowa grzęzną im w gardle, bo jak tu rozmawiać poważnie, kiedy ktoś obok właśnie zamienia politykę w konkurs na najbardziej gorliwego wyznawcę cudzej woli.
Prawda jest taka, że największym problemem nie jest ani Iran, ani Europa, ani nawet brak zgody na korzystanie z lotnisk, tylko to, że ktoś w Waszyngtonie naprawdę uwierzył, że krzyk jest strategią, a obrażanie sojuszników to nowa forma przyjaźni.
I jeśli ktoś miałby dziś wygłosić uczciwe kazanie, to powinno ono brzmieć krótko i boleśnie: największe imperia nie upadają dlatego, że inni odmawiają im pomocy, tylko dlatego, że same zaczynają wierzyć we własną nieomylność.
A jeszcze krócej i już zupełnie bezczelnie: imperium, które zamienia dyplomację w darcie ryja, kończy jak pijany wujek na weselu – głośno, obrażony i kompletnie niepoważny.

Dodaj komentarz