

Są politycy, którzy wygrywają wybory. Są tacy, którzy przegrywają wybory. I jest polska scena polityczna, gdzie jedni i drudzy od lat grają w tę samą grę, tylko zmieniają dekoracje i hasła, a publiczność udaje, że to nowa premiera, a nie 47. sezon tego samego serialu.
Weźmy ostatni spektakl, czyli Radę Krajową Koalicji Obywatelskiej. Donald Tusk wychodzi na scenę i ogłasza, że jesteśmy w „momencie historycznym”, świat się wali, geopolityka się trzęsie, a Polska – oczywiście – stoi dzielnie na straży wszystkiego, co dobre, słuszne i europejskie.
Brzmi poważnie. Prawie jak zapowiedź końca świata, tylko sponsorowana przez dział komunikacji. Ale zaraz potem pojawia się coś znacznie ciekawszego niż patos: konkretna polityka wewnętrzna. KO właśnie przeszła własne wybory, wybrała nowe władze i – co ważniejsze – zaczęła układać się na przyszłość. Piętnaście osób na stanowiskach wiceprzewodniczących. Piętnaście. To już nie jest zarząd, to jest średniej wielkości rada nadzorcza albo drużyna piłkarska z ławką rezerwowych.
Do tego „dziesiątka na wybory” – grupa ludzi, którzy mają przygotować partię na 2027 rok. Czyli mamy strukturę, mamy ludzi, mamy plan komunikacyjny. To nie jest przypadek. To jest klasyczna operacja konsolidacji: pokazujemy jedność, rozdajemy funkcje, budujemy zaplecze.
I teraz najważniejsze: program. Tu zaczyna się robić mniej widowiskowo. Bo poza ogólnymi hasłami – bezpieczeństwo, silna Polska, Europa, rozwój, zbrojenia – konkretów jest jak na lekarstwo. Owszem, mówi się o pieniądzach na armię, o współpracy z UE, o wzroście gospodarczym. Ale to są raczej kierunki niż plan działania. Czyli dokładnie to, co w polityce działa najlepiej: wystarczająco konkretne, żeby brzmiało poważnie, i wystarczająco ogólne, żeby nie dało się tego łatwo rozliczyć.
W tym samym czasie Tusk dorzuca swoją „piątkę Putina” i robi coś, co jest politycznie bardzo skuteczne: łączy zagrożenie zewnętrzne z konfliktem wewnętrznym.
I tu już nie ma niedopowiedzeń, tylko bardzo konkretna konstrukcja polityczna. „Piątka Putina” według Tuska to:
po pierwsze – atak na Unię Europejską i jej rozbijanie, po drugie – szczucie na Ukrainę i podważanie sensu jej wspierania, po trzecie – konfliktowanie Polski z Niemcami, po czwarte – blokowanie środków europejskich na zbrojenia, po piąte – niszczenie instytucji państwa prawa i demokracji.
Czyli nie ogólny klimat zagrożenia, tylko bardzo precyzyjna mapa działań, które – zdaniem premiera – wpisują się w interes Kremla.
I teraz najciekawsze: Tusk robi ruch, który w polskiej polityce jest jak odpalenie czerwonego przycisku. Mówi wprost, że to nie jest tylko „piątka Putina”. To jest także „piątka Kaczyńskiego”.
Innymi słowy: to, co PiS przedstawia jako swoją politykę – spór z UE, twarde stanowisko wobec Ukrainy, antyniemiecką retorykę, blokady i konflikty instytucjonalne – zostaje opowiedziane jako element większego, rosyjskiego scenariusza.
Bo nagle okazuje się, że przeciwnik polityczny to nie tylko przeciwnik. To potencjalny element większej układanki.
I tu wchodzi Jarosław Kaczyński, cały na biało – albo raczej na czarno, zależnie od tego, kto opowiada historię.
PiS od lat gra zupełnie inną melodię, ale w tej samej tonacji emocjonalnej. Tam też wszystko jest walką o przetrwanie, tylko zagrożenie przychodzi z innej strony: Bruksela, Niemcy, elity, liberalizm, czasem pogoda.
Różnica polega na stylu, nie na mechanizmie. Kaczyński nie potrzebuje „piątki Putina”. On ma własny katalog zagrożeń, który działa równie skutecznie, bo trafia dokładnie w te same emocje: strach, poczucie oblężenia, potrzebę obrony.
I teraz robi się naprawdę ciekawie. Bo obie strony opowiadają dwie różne historie o Polsce, ale używają tych samych narzędzi. Jedni mówią: Rosja, destabilizacja, zagrożenie dla demokracji. Drudzy mówią: Bruksela, ingerencja, zagrożenie dla suwerenności. Jedni mobilizują strachem przed Wschodem. Drudzy mobilizują strachem przed Zachodem. A wyborca stoi pośrodku i próbuje zdecydować, który koniec świata bardziej mu odpowiada.
W międzyczasie PiS przechodzi swoje własne turbulencje. Wewnętrzne konflikty, komisje etyki, publiczne awantury między ludźmi, którzy jeszcze niedawno razem rządzili państwem. Kurski kontra Morawiecki, Jaki kontra reszta, Buda w tle. Partia, która miała być monolitem, zaczyna przypominać rodzinę na weselu, gdzie wszyscy się uśmiechają do zdjęcia, a pięć minut później ktoś rzuca talerzem.
Ale nie łudźmy się — to nie jest rozpad. To jest dostosowanie. PiS, tak jak KO, przygotowuje się do kolejnej rundy. Czyści szeregi, testuje lojalność, ustawia ludzi. Bo w tej grze nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o to, kto lepiej opowie swoją wersję rzeczywistości.
I tu wracamy do punktu wyjścia. KO buduje narrację o odpowiedzialności, bezpieczeństwie i Zachodzie. PiS buduje narrację o suwerenności, zagrożeniu i zdradzie elit. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim znika coś, co kiedyś nazywano polityką programową. Bo program, wbrew pozorom, jest dziś najmniej istotny. Liczy się emocja. Liczy się historia. Liczy się to, czy wyborca poczuje, że głosuje nie tylko na partię, ale przeciwko czemuś.
I dlatego kolejne wybory nie będą starciem programów. Będą starciem opowieści. A opowieści, jak wiadomo, nie muszą być prawdziwe. Wystarczy, że są dobrze opowiedziane.

Dodaj komentarz