

Wtorek kończy marzec jak mecz, który jeszcze chwilę temu wydawał się do uratowania. Człowiek siedzi, patrzy, liczy sekundy i ma to znajome uczucie, że coś się zaraz wydarzy. I rzeczywiście się wydarza – tylko nie to, na co liczył.
Bo Polska grała dobrze. Naprawdę dobrze. Atakowała, odrabiała, miała tempo i sens. Nicola Zalewski kręcił jak DJ na weselu, Karol Świderski trafiał jak trzeba, Jakub Kamiński próbował, Robert Lewandowski walczył jak ktoś, kto wie, że czasu już nie ma. A potem przyszła 88. minuta. I wszystko się skończyło.
Jedna akcja. Jedno wybicie. Jeden błąd. Viktor Gyökeres robi swoje i nagle cały ten wysiłek, cała ta nadzieja, cały ten wieczór – zamienia się w klasyczną polską lekcję realizmu.
Mundial był blisko. Jak zawsze.
I to jest moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że to nie był mecz. To był model działania państwa.
Bo rano państwo ustala ceny paliw. Minister energii ogłasza: benzyna maksymalnie tyle, diesel tyle, wszystko pod kontrolą. VAT w dół, akcyza w dół, ceny zamrożone. Kraj wygląda przez chwilę jak dobrze zarządzana stacja benzynowa.
A kilka godzin później świat przypomina, że nie jest częścią tej symulacji.
Cieśnina Ormuz się zaciska. Ropa drożeje o kilkadziesiąt procent. Inflacja w Polsce skacze do 3 proc. – najwyżej od miesięcy – i zaczyna być jasne, że rachunek dopiero się zaczyna.
Ekonomiści mówią wprost: jeśli napięcie się utrzyma, paliwo będzie nie tylko droższe. Może być go mniej.
Ale spokojnie. Mamy ceny maksymalne. To trochę jak z tym meczem. Wszystko wygląda dobrze, dopóki ktoś nie strzeli gola.
W tle Amerykanie sondują, czy Polska odda swoje Patrioty na Bliski Wschód. Warszawa odpowiada: nie. Chronimy własne niebo. I brzmi to rozsądnie. Tylko że problem polega na tym, że największe zagrożenie nie leci rakietą. Ono przychodzi rachunkiem. I fakturą. I inflacją.
A skoro już jesteśmy przy państwie – zajrzyjmy do Pałacu Prezydenckiego.
Karol Nawrocki znów kombinuje.
Sejm wybrał sześciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego: Krystiana Markiewicza, Macieja Taborowskiego, Marcina Dziurdę, Annę Korwin-Piotrowską, Dariusza Szostka i Magdalenę Bentkowską.
Sześciu.
A prezydent postanawia, że państwo będzie działać według jego prywatnego regulaminu.
Zaprasza na zaprzysiężenie… dwóch.
Dwóch z sześciu.
Reszta? Może poczeka. Może się podporządkuje. Może zrozumie, że konstytucja w tym wydaniu nie jest już prawem, tylko sugestią.
To już nie jest nawet bezczelność.
To jest drobne cwaniakowanie wyniesione na poziom ustrojowy.
Państwo prawa w wersji „ja wybieram, kto istnieje”.
Prezydent Rzeczypospolitej zachowuje się jak bramkarz na podwórku, który w trakcie meczu nagle ogłasza, że połowy przeciwników nie liczy, bo mu się nie podobają.
I na tym polega dzisiejsza władza: nie zmienia zasad gry – tylko udaje, że ich nie widzi.
Donald Tusk patrzy na to i mówi: „Jaka niespodzianka”. I trudno o lepszą diagnozę sytuacji, w której głowa państwa traktuje konstytucję jak menu – bierze to, co mu smakuje, resztę odstawia.
Bo u nas wszystko jest dziś wybiórcze. Prawo – wybiórcze. Instytucje – wybiórcze. Państwo – wybiórcze.
Jakby ktoś uznał, że demokracja to bufet szwedzki. A ironia polega na tym, że nawet Szwedzi właśnie nas ograli.
Gdzieś obok Mateusz Morawiecki rusza w Polskę z programem „500 zł na mieszkańca”. Kolejna obietnica, kolejny objazd, kolejne zapewnienie, że pieniądze się znajdą. Zawsze się znajdują. Dopóki się nie skończą.
Na świecie tymczasem ktoś już dawno przestał udawać. Benjamin Netanjahu wysyła ludzi na wojnę, nie tłumacząc, o co walczą. Donald Trump rozważa zakończenie konfliktu bez odblokowania Ormuzu, czyli bez rozwiązania problemu, tylko z jego opakowaniem.
Geopolityka zaczyna przypominać hazard. A Europa siedzi przy stole i płaci. Najwięcej.
I jeszcze jeden obraz. Tokio. Rzeka Sumida. Kwitnące wiśnie. Ludzie robią zdjęcia, uśmiechają się, świętują wiosnę. Hanami. Świat w wersji idealnej.
I równolegle świat, w którym ceny energii rosną, łańcuchy dostaw się rwą, a wojna przesuwa się coraz bliżej. To już nie jest kontrast. To jest rzeczywistość na dwa ekrany. A my jesteśmy dokładnie tam, gdzie byliśmy w 88. minucie.
Jeszcze wierzymy. Jeszcze liczymy. Jeszcze mamy nadzieję. Że może się uda. Że może tym razem.
Ale prawda jest brutalnie prosta. W Polsce problemem nigdy nie był ten jeden stracony gol.
Problemem jest to, że my nawet państwo prowadzimy tak, jakby ktoś inny miał za nas pilnować wyniku.
A potem stoimy zdziwieni, kiedy ostatni gwizdek rozlega się dokładnie wtedy, kiedy trzeba – tylko że już dawno po naszej porażce.
Bo w tym kraju nawet porażka jest zarządzana – tyle że zawsze przez tych, którzy już dawno wygrali.

Dodaj komentarz