



Sobota rano ma w sobie coś z ciszy po bitwie, tylko że nikt jeszcze nie wie, kto wygrał, a kto tylko udaje, że się nie wykrwawia. Czajnik mruczy jak stary filozof, kawa pachnie jak obietnica poprawy świata, a radio – jak zwykle – zaczyna dzień od wiadomości, które brzmią jak prognoza pogody pisana przez kabaret. Siadam przy stole, rozkładam gazetę i widzę Polskę w wersji instant: wystarczy zalać gorącą wodą emocji, zamieszać i już mamy dramat narodowy z nutą farsy.
Na pierwszej stronie – paliwo. Zawsze paliwo. W tym kraju benzyna jest jak zdrowie: dopóki jest, nikt jej nie zauważa, ale jak drożeje, to nagle wszyscy stają się ekonomistami, patriotami i poetami jednocześnie. Rząd obniża VAT, akcyzę, wprowadza ceny maksymalne, jakby próbował złapać inflację za nogę i przybić ją do ziemi gwoździem z rozporządzenia. I tu, niczym bohater w źle napisanej sztuce, wchodzi on – Karol Nawrocki – cały na biało, choć raczej w dresie historii alternatywnej, i podpisuje ustawy w samolocie do Ameryki, jakby podpisywał pocztówki z wakacji.
W tym samym czasie Zbigniew Bogucki publikuje nocne wpisy, pokazuje pisma, macha nimi przed kamerą jak ksiądz kadzidłem i ogłasza prostą zasadę: dobre prawo prezydent podpisuje, złe wetuje. To zdanie jest tak proste, że aż podejrzane. Proste rzeczy w polityce są jak proste drogi na mapie – zazwyczaj prowadzą prosto w bagno.
Bogucki zarzuca rządowi, że stracił trzy tygodnie. Trzy tygodnie. W kraju, w którym niektóre decyzje dojrzewają dłużej niż dobre wino, a inne szybciej niż mleko w lipcu. Trzy tygodnie to tu czas potrzebny, żeby komisja powołała podkomisję, która powoła eksperta, który stwierdzi, że trzeba jeszcze chwilę poczekać. A jednak nagle okazuje się, że trzy tygodnie to wieczność, gdy trzeba coś podpisać przed weekendem.
I tak stoimy na tej stacji paliw, naród z dystrybutorem w ręku, i patrzymy, jak politycy tłumaczą nam, że to oni właśnie wpadli na pomysł, żeby benzyna była tańsza. To trochę tak, jakby strażak po pożarze ogłosił, że jego największym osiągnięciem jest to, że woda gasi ogień.
Tymczasem Donald Tusk robi coś znacznie trudniejszego niż podpisywanie ustaw w powietrzu – próbuje rządzić na ziemi. I robi to z tą swoją charakterystyczną mieszanką cynizmu i chłodnej kalkulacji, jak szachista, który gra jednocześnie z kilkoma przeciwnikami i jeszcze ma czas na kawę. Zabrał Czarnkowi jego słynny kuchenny stół, na którym ten rozkładał problemy zwykłych ludzi jak kromki chleba, i postawił własny – większy, stabilniejszy, mniej teatralny.
Po drugiej stronie sceny mamy zaś operetkę w stylu „Powrót do przyszłości, tylko bez przyszłości”. Jarosław Kaczyński patrzy na to wszystko jak dyrygent orkiestry, która już dawno przestała grać z nut, ale nadal udaje, że wykonuje symfonię. Obok niego Karol Nawrocki – prezydent z algorytmem, który czasem się zacina, jak stary bankomat wydający tylko drobne. A gdzieś w tle krąży Paweł Piskorski, który odkrywa Amerykę na nowo i ogłasza, że Tusk to imperator, jakby właśnie przeczytał podręcznik historii politycznej i postanowił streścić go w jednym zdaniu.
Piskorski, człowiek o przeszłości tak barwnej, że można by nią obdzielić kilka biografii i jeszcze zostałoby na serial, poucza dziś o demokracji partyjnej. To trochę tak, jakby pirat wykładał etykę żeglugi, a kieszonkowiec prowadził kurs bezpieczeństwa w komunikacji miejskiej. Jego diagnozy brzmią poważnie, ale mają w sobie coś z kazania wygłaszanego przez człowieka, który właśnie wyszedł z kasyna i tłumaczy innym, że hazard to zło.
W tle tej całej opery buffo majaczy jeszcze świat – prawdziwy, niepolityczny, brutalny. Wojna na Bliskim Wschodzie, chaos decyzji Donalda Trumpa, który podpala świat jak znudzony chłopiec podpalający mrówki. Ropa drożeje, gospodarki drżą, a my tutaj spieramy się o to, kto szybciej podpisał ustawę, jakby to miało znaczenie dla ceny baryłki na drugim końcu świata.
I wtedy nagle dociera do mnie, że cała ta nasza polityka przypomina śniadanie, które ktoś próbuje ugotować na rozgrzanym silniku samochodu. Jest gorąco, coś się smaży, pachnie nawet nieźle, ale nikt nie ma pewności, czy to w ogóle jest jadalne.
Bo prawda jest taka, że państwo nie działa od podpisów w samolocie ani od nocnych wpisów na platformie X. Państwo działa wtedy, kiedy ktoś codziennie, metodycznie, bez fanfar i fleszy, pilnuje, żeby ten dystrybutor na stacji miał sens, żeby liczby się zgadzały, żeby chaos świata nie rozlał się nam po podłodze jak rozlana benzyna.
A reszta? Reszta to teatr. Raz śmieszny, raz żenujący, czasem groźny. Taki, w którym aktorzy zmieniają kostiumy, ale scenariusz wciąż pisze rzeczywistość.
Wyobrażam sobie jeszcze jedną scenę. Lot do Ameryki, światła przygaszone, stewardesa poprawia pasy, a prezydent pochyla się nad papierem i składa podpis z miną człowieka, który właśnie odkrył, że długopis pisze. Obok ktoś szepcze o cenach ropy, o rynkach, o geopolityce, a on kiwa głową jak kibic na trybunach, który nie widzi boiska, ale krzyczy najgłośniej. To jest właśnie ta prezydentura: dużo gestu, mało rozumienia, jeszcze mniej odpowiedzialności – i przekonanie, że podpis jest czynem, a poza podpisem świat nie istnieje.
I tylko kawa stygnie niezmiennie, obojętna na wszystkie ustawy świata, jakby chciała powiedzieć: pij mnie, człowieku, póki jeszcze masz za co zatankować.
Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy, że państwo da się rządzić jak autografami rozdawanymi w samolocie, to znaczy, że nie mamy prezydenta – mamy chłopca od podpisów, który pomylił urząd z długopisem.

Dodaj komentarz