DONALD, NOBEL I KABARET – PONIEDZIAŁKOWY FELIETON DLA TYCH, CO JUŻ WSZYSTKO WIDZIELI

Warszawa

Melania, Czarzasty i reszta politycznej trupy wciąż próbują udawać, że to, co robią, ma znaczenie. Ale poniedziałek ma swoją dynamikę – zaczyna się od kawy, a kończy wiadomością, że Donald Trump chce Nobla. Pokojowego. Tak, ten Donald. Ten sam, który organizuje rady pokoju z ludźmi, którzy wolą broń od kawy z mlekiem.

Marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, ten sam, który trzyma młodą lewicę za kołnierz jak spaniel szczeniaka za kark, miał przywilej nie tylko wysłuchać tej propozycji, ale i ją odrzucić. Zgodnie z nową świecką tradycją konferencji prasowych powiedział coś, co można streścić w jednym zdaniu: „Trump? Nobel? Nie rozśmieszajcie mnie, mam jeszcze resztki godności”.

I dobrze, bo nominowanie Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla to trochę jak zaproszenie wilka do rady pasterzy. Przewodniczący Knesetu i amerykański Speaker Mike Johnson najwyraźniej uznali, że stabilność świata zależy od ego Donalda, które już teraz zasłania pół planety. Czarzasty nie kupił tego show. I w odróżnieniu od reszty krajowych rycerzy klękających na dźwięk słowa „Ameryka”, powiedział: Europa, drodzy państwo. NATO. UE. WHO. A nie rada autokratów z RODO na ustach i represjami w kieszeni.

W PiS-ie też coś drgnęło. Jakby dotarło, że Grzegorz Braun nie tylko odleciał, ale jeszcze kopie silnik i śpiewa hymn Związku Radzieckiego. Jacek Sasin przeszedł z trybu „no może Braun, bo nie lubi Tuska” do „kordon sanitarny i won z mojego podwórka”. Skąd ta zmiana? Z USA, oczywiście. Po wizycie ambasadora Toma Rose’a, który – nie zapominajmy – jest Żydem, a słuchanie bredni Brauna to jak wąchanie spalonego tosta z antysemicką polewą, Kaczyński dostał przekaz dnia: przestańcie udawać, że ci panowie z Konfederacji mają cokolwiek wspólnego z normalnością.

A skoro już o normalności mowa – Karol Nawrocki, nasz prezydent, którego ulubionym sportem są ustawki i przemówienia pełne wielkich słów bez treści, wplątał się w kolejną historię. Otóż jego stare znajomości z „Lwami Północy” – stowarzyszeniem bardziej przypominającym klub recydywistów niż fanów piłki – znowu wypłynęły. Jeden siedział za kradzież mercedesa, drugi za handel narkotykami, a teraz obaj handlują klubowymi magnesami i koszulkami. Nawrocki nie był jednak biernym kibicem – w 2013 roku reprezentował to kibolskie stowarzyszenie na posiedzeniu komisji Rady Miasta Gdańska, składając podpisy pod inicjatywą nadania jednemu z wiaduktów imienia „Żołnierzy Wyklętych”. Piłka nożna to piękna gra, ale w tej wersji wygląda bardziej jak „FIFA Street” na amfetaminie.

Nawrocki jednak nie traci rezonu. Jest jak magnes na kłopoty i brązowe buty. Krąży między Trumpem a pseudokibolami, między wetami a żalami. Chciał być liderem prawicy, ale z każdym tygodniem wygląda raczej na ofiarę jej zaplecza. Coś jak prezes klubu nocnych marków, którzy nie mogą odróżnić Rady Pokoju od konwencji MMA.

W tym samym czasie Waldemar Żurek – minister sprawiedliwości, człowiek z immunitetem i wyczuciem drogi jak kot w worku – przeprosił za przejazd przez pasy w „Dużym w Maluchu”. Przyjął mandat, zrzekł się immunitetu, wystąpił przed kamerami i powiedział: „To był błąd”. Czyli zrobił to, co każdy polityk powinien zrobić, a czego 90% z nich nie potrafi. Szokujące. I nudne. Bo przecież nie wjechał na pasy czołgiem ani nie próbował tłumaczyć, że piesza była hologramem Sorosa.

A Melania? Gdyby poniedziałek miał twarz, byłaby to jej twarz: nienaturalnie gładka, niepokojąco nieruchoma i absolutnie niezdolna do wyrażania autentycznego entuzjazmu. Taka właśnie jest jej biografia – książka, którą można streścić słowami: „ładna okładka, zawartość drewniana”. Gdyby drzewa miały talent aktorski, „Melania” nie dostałaby roli nawet w reklamie margaryny.

Dzieciństwo w Jugosławii przypomina katalog IKEI: wszystko poukładane, wyprasowane, metodyczne. Pierwsza sesja zdjęciowa w wieku 17 lat, kariera z drewnianym wdziękiem, modelka z aspiracjami do trzeciej ligi. A potem Donald. Związek zbudowany na milczeniu, kampania na występach za 250 tys. dol., książka z cytatem o „wspaniałym sercu” męża. A w tle milczenie na temat Kapitolu, dzieci imigrantów i plagiat przemówień. Ale za to jest o wystroju sypialni. Wersja basic: 40 dol., z podpisem: 150, kolekcjonerska: 250. Wersja z prawdą? Niedostępna.

Zamykając ten poniedziałek z rozmachem, przypomnijmy sobie najnowszy żart losu: Trump, który przez całe życie traktował dyplomację jak sprzedaż hot-dogów na Manhattanie, teraz chce być pokojowym Noblistą. Tylko że Pokojowy Nobel nie jest przyznawany za „ilość wojen, które się nie zdarzyły” ani za „wrażenie siły”. To nie jest konkurs pod tytułem: „Zgłoś się, bo masz wysokie ego i znajomych w Netanjahu”.

Zatem: Melania dalej promuje książkę o sobie (i tylko o sobie), Nawrocki dryfuje między wetami a dopingiem stadionowym, Braun odleciał z planety „logika”, PiS nagle zauważyło, że antysemityzm to nie jest brand strategiczny, a Czarzasty, ten stary lis, znowu wyszedł z politycznego labiryntu jako jedyny bez szminki na czole.

Czy coś się zmieni? Oczywiście, że nie. Ale poniedziałek trzeba jakoś przeżyć. Nawet jeśli najważniejszą wiadomością tygodnia jest to, że Trump naprawdę myśli, że zasłużył na Nobla. I że są ludzie, którzy to rozważają na serio. To już nawet Melania z jej katalogiem Gucci wygląda przy tym jak manifest racjonalizmu.

Miłego tygodnia. A jeśli nie da się go mieć – przynajmniej miejcie go z sarkazmem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights