37 LAT OPORU I ANI GRAMA WNIOSKÓW

Warszawa

Noc w Polsce. Wieczór u mnie. Toronto udaje Syberię minus trzy, ale bez przekonania. Śnieg nie pada, tylko wspomina, że kiedyś był kimś — zalega po kątach, w lesie, w cieniu, jakby się wstydził wracać na scenę. Warszawa natomiast robi konkurencję wiośnie: cieplej, pogodniej, jakby mogła sobie pozwolić na luksus zapomnienia o lutowo‑marcowej melancholii. A my, skazani na globalny teatr polityki, patrzymy na to wszystko i próbujemy zrozumieć, dlaczego świat uparcie nie chce być normalny.

Bo to poniedziałek po śmierci człowieka, który spędził 37 lat na przekonywaniu wszystkich wokół, że opór jest cnotą, a śmierć w imię oporu — jeszcze większą. Ali Chamenei odszedł tak, jak żył: wśród bomb, gróźb, wojen, w cieniu własnej ideologii, w której zawsze było więcej ognia niż światła. Zginął w Teheranie, bo ostatecznie nawet najprzebieglejszy przywódca nie wygra z CIA, satelitami i własnym przekonaniem, że nieśmiertelność ma w pakiecie z urzędem.

A Iran? Jak to Iran — płacze i tańczy jednocześnie. Jedni w żałobie, drudzy w ekstazie. Kraj łez i szampana. Przypomina to trochę polską politykę: jedni płaczą po PiS, inni po utracie władzy przez PiS, a najrozsądniejsi trzymają dystans, popijając kawę i patrząc na ten bałagan z godną podziwu wyrozumiałością.

Chamenei nie zostawia po sobie ani potęgi, ani wielkiego dziedzictwa. Zostawia system, który sam doprowadził do granic absurdu: represyjny, skostniały, oparty na przekonaniu, że świat jest spiskiem, a Ameryka — wiecznym demonem, który tylko czeka, żeby komuś wyłączyć prąd. Z tą filozofią można prowadzić rewolucję, ale trudno prowadzić państwo.

Nie bez powodu region patrzy na Iran jak na starszego wujka, który kiedyś był kimś, a dziś żyje głównie wspomnieniami i gniewem. Turcja odjechała. Emiraty odfrunęły. Arabia Saudyjska dogania Europę szybciej niż Konfederacja dogania własne absurdy. Iran został gdzieś z tyłu, z transparentem: „Opór do końca!”, choć nikt już nie pamięta, o jaki koniec chodzi.

A teraz pytanie, które wisi w powietrzu jak dron nad Tel Awiwem: kto następny?

To irańskie Zgromadzenie Ekspertów ma wybrać nowego przywódcę — ciało tak przewidywalne, jak PSL na koalicjowych negocjacjach: niby są, niby głosują, niby decydują, ale i tak wiadomo, że wszystko ustalono wcześniej w innym pokoju. Teoretycznie mają czas, ale praktycznie — rakiety nad głową przyspieszają decyzję.

Tymczasowa rada już działa, choć bardziej wygląda to na komitet organizacyjny pogrzebu niż na realną władzę. Prezydent Pezeszkian podobno żyje — jak zawsze w irańskiej polityce: żyje, działa, ale nic nie może. Obok niego kilku mężczyzn w turbanach, którzy wiedzą, że władza jest teraz jak gorący kartofel: można ją wziąć, ale łatwo się poparzyć.

I w tym wszystkim mamy poniedziałek. Kanadyjski mróz na pół gwizdka. Warszawski przedsmak wiosny. Świat, który nie wie, czego chce. I przywódcę Iranu, który wierzył, że opór jest wieczny.

A my, tu i teraz, zadajemy proste pytanie: po co to wszystko?

Chamenei przez prawie cztery dekady kierował krajem tak, jakby historia była drogą jednokierunkową. Bez skrętów. Bez hamulców. Bez aktualizacji mapy. Ten jego słynny „opór” nie był oporem przeciwko wrogom zewnętrznym, lecz przeciwko wszystkiemu, co mogło Iran popchnąć w stronę normalności: demokracji, postępu, otwartości na świat, rozwoju gospodarczego, dobrobytu zwykłych ludzi. Opór wobec przyszłości. Opór wobec zdrowego rozsądku. Opór wobec własnego narodu.

Iran przez te lata przypominał kraj zamknięty w stalowej klatce, której strażnik uznał, że świeże powietrze może zaszkodzić. A kiedy ludzie zaczynali dobijać się do krat — Chamenei reagował zawsze tak samo: przemocą. Protesty były w Iranie częstsze niż posiedzenia polskiego Sejmu. Ostatnie, sprzed miesiąca, znów skończyły się krwawą masakrą. Ludzie wyszli na ulice, domagając się wolności, chleba, pracy, normalności. W odpowiedzi dostali gaz, kule i nocne łapanki. Tysiące zabitych. Dziesiątki tysięcy więźniów.

A mimo to Iran nie ma dziś zorganizowanej opozycji. To największy sukces Chameneiego — i największa tragedia kraju. Każda struktura mogąca stać się alternatywą była systemowo niszczona przez dekady. Reformatorzy rozmontowani. Lewica wybita lub przepędzona. Liderzy społeczni skazywani na milczenie albo wygnanie. Dlatego dziś, gdy reżim się chwieje, Iran nie ma nikogo, kto mógłby go poprowadzić w stronę innej przyszłości.

A świat patrzy — i widzi kraj w chaosie. Cieśnina Ormuz zamknięta. Ropa już podnosi ceny, a Moskwa otwiera szampana. Putin, ten zimny księgowy rosyjskiej katastrofy, udaje przyjaciela Iranu, ale liczy przede wszystkim baryłki. „Ponad 100 dolarów za baryłkę” — cieszą się jego wysłannicy, jakby chodziło o wygraną na loterii, a nie o kryzys, który może podpalić pół globu. Kreml świętuje, bo chaos na Bliskim Wschodzie oznacza pełniejsze moskiewskie kieszenie. Im gorzej w Iranie, tym lepiej dla rosyjskiej wojny.

A Trump? Ten samozwańczy generał Operacji Epicka Furia? Krąży po studiach telewizyjnych i opowiada o „czterdziestu ośmiu liderach, którzy odeszli za jednym zamachem”. Jakby świat był jego prywatnym salonem gier, a ludzie — pionkami. Chwali się zatopionymi okrętami, chwali się sukcesem, który mierzy w tonach metalu, nie w ludzkich życiach. A jednocześnie deklaruje gotowość do rozmów — jak kupiec na targu, który najpierw zniszczy towar, a potem negocjuje cenę.

I właśnie w takim momencie Iran musi wybrać nowego przywódcę. W kraju bez opozycji. W państwie, które przed miesiącem strzelało do własnych obywateli. W systemie, w którym Gwardia Rewolucyjna ma więcej do powiedzenia niż jakikolwiek cywil. W miejscu, gdzie przyszłość znów wygląda jak powtórka z przeszłości.

Reżim trwa jednak dalej. Bo idee, nawet te szkodliwe, mają tendencję do przeżywania swoich autorów. A Gwardia Rewolucyjna nie zamierza nikomu oddawać mikrofonu.

My natomiast mamy swoje poniedziałki. I swoje starości. I swoje choroby, które zjawiają się znienacka jak kontrola biletów w tramwaju. Człowiek budzi się rano, Toronto udaje zimę, Warszawa udaje wiosnę, a polityka udaje sens. I jakoś trzeba w tym żyć.

Może na tym polega nasza przewaga nad Chameneim — my nie udajemy, że wszystko jest męczeństwem. Czasem po prostu jest poniedziałek.

I dobrze, że jest.

Bo dopóki poniedziałki wracają, świat nie stoi w miejscu.

Choć czasem lepiej, żeby stał.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights