
Oto koniec dnia, w którym demokracja próbowała wyprostować kręgosłup, a Zbigniew Ziobro zrobił wszystko, żeby wciąż udawać, że to on trzyma stetoskop. Po dziewięciu nieobecnościach, które zaczęły przypominać dłuższą nieobecność w rzeczywistości, były minister wreszcie dotarł na przesłuchanie. Co go przekonało? Nakaz sądowy, dwóch policjantów i prawdopodobnie brak lotów do Budapesztu.
Zbigniew Ziobro – specjalista od demolki ustrojowej i stand-upu z oskarżeniami – przeszedł dziś samego siebie. W oparach własnej retoryki, wyrecytował monolog tak gęsty od uników, że można by go rozsmarować na pięć lat rządów. W roli Pegaza narodowej sprawiedliwości – Woś. W roli narratora – nikt, bo nikt już nie nadąża.
Z każdą minutą przesłuchania było jasne, że Ziobro traktuje komisję jak escape room z ograniczonym czasem rozmowy i pełną listą wymówek: „Nie pamiętam”, „Nie uczestniczyłem”, „Być może”, „Rozmawiałem z Kamińskim, a Kamiński z niebem”.
Ale to nie wszystko. W centrum sejmowej sceny pojawił się nowy rekwizyt: KARTKA. Tak, kartka papieru z twarzą Romana Giertycha, cytatem z Onetu i frustracją wypisaną Times New Roman. Powieszona teatralnie przez posła Łukaszewicza, zdjęta z gracją przez posła Jaskulskiego i ostatecznie porwana – dosłownie – przez Joannę Kluzik-Rostkowską. Sejm zmienił się w Dom Kultury z przedstawieniem pt. „Ucho Prezesa, wersja analogowa”.
I w tej inscenizacji Ziobro raz był bohaterem tragicznym („miałem raka, miałem rację, miałem Pegasusa”), raz cierpiącym prorokiem, raz ministrem z amnezją. W zależności od pytania – był zaskoczony, oburzony, wzruszony lub zmęczony. Zabrakło tylko, żeby pod koniec zagrał na skrzypcach i rzucił się w fosę z mikrofonem.
Cóż powiedzieć, skoro nawet Pegasus – cud technologii rodem z izraelskiego koszmaru – był dla Ziobry narzędziem nie tyle walki z przestępczością, co narzędziem narracyjnym. Każde pytanie o Giertycha kończyło się lirycznym refrenem o „wyprowadzaniu środków”, „spółkach-słupach” i „drogim telefonie dla pani sędzi”, który brzmiał jak wstęp do nowego odcinka „W11 – Wydział Śledczy: Resortowy Remake”.
Wszystko to – podlane oświadczeniami o heroizmie, patriotyzmie i trosce o Polskę – bardziej przypominało występ kabaretowy niż przesłuchanie. Komedia z elementami horroru instytucjonalnego. Grymas demokracji, który udaje, że coś się zmienia.
Ale Ziobro to tylko jedno aktorskie stanowisko na tej scenie. Drugie dzisiaj zwolnił Szymon Hołownia – książę politycznej poprawności, marszałek z kaligraficznym słownikiem, który oznajmił, że odchodzi z partii i – być może – z polityki. Cel: Genewa. Rola: Wysoki Komisarz ds. Uchodźców. Brzmi to jak transfer z Ekstraklasy do Watykanu.
Hołownia, ten sam, który miał być trzecią siłą, teraz po cichu chce być czwartą sygnaturą pod listem do ONZ. Był chwilowo alternatywą dla PO i PiS, aż nie zorientował się, że alternatywa nie działa, gdy nikt nie zna refrenu. Jego ambicje przeniosły się na poziom międzynarodowy, co – przyznać trzeba – jest szlachetne, ale pachnie trochę rejteradą w garniturze z Zary.
A na deser: 5 milionów złotych zaległych opłat drogowych, których nikt nie chce odebrać, bo system ich odzyskiwania przypomina krzyżówkę Kafka + Excela. Biurokratyczne safari, w którym kierowcy wolą stracić, niż przeżyć telefon do urzędu.
Gdzieś w tle Donald Tusk mówi, że „jest wojna”. Chodzi mu pewnie o Ukrainę, ale równie dobrze mógłby mówić o polskim parlamencie.
Podsumujmy:
- Ziobro dziś powiedział wszystko i nic,
- Pegasus przeszedł z programu do metafory,
- Komisja dostała kartkę i ją porwała,
- Hołownia chce być kimś w ONZ,
- a my nadal nie wiemy, czy system prawny to jeszcze prawo, czy już tylko storytelling.
Czy to koniec dnia? Nie. To był tylko akt pierwszy.
Jutro być może nowa kartka. Może ktoś przyniesie glinianą tabliczkę. A może Ziobro wróci w roli doradcy medialnego telewizyjnej telenoweli o Funduszu Sprawiedliwości.
Zostańcie z nami. W tym teatrze spektakl nigdy się nie kończy – po prostu zmienia aktorów.

Dodaj komentarz