
Ostatnie dwadzieścia cztery godziny spędziłem w towarzystwie idioty.
Nie z własnej woli, rzecz jasna. Nie zapraszałem go do domu, nie proponowałem kawy, nie podałem ręki. A jednak był wszędzie. Wyskakiwał z telewizora, wysypywał się z portali informacyjnych, wyłaził z gazet jak mol z kieszeni starego płaszcza. Nawet telefon zaczął wyglądać podejrzanie – jakby za chwilę miał zadzwonić i jego głosem oznajmić coś o suwerenności.
Tak właśnie działa współczesna polityka. Człowiek wstaje rano, próbuje napić się kawy i zanim zdąży wypowiedzieć pierwsze przekleństwo dnia, już siedzi z nim przy stole Karol Nawrocki.
Prezydent.
Zwierzchnik sił zbrojnych.
Człowiek, który w ostatnich dniach wykazał się aktywnością godną chomika po trzech espresso. Zaczął od wielkiego wystąpienia. Orędzie. Ton poważny. Mina taka, jakby właśnie miał ogłosić odkrycie nowej planety albo przynajmniej znalezienie sensu w twórczości Paulo Coelho.
I wtedy oznajmił, że wetuje ustawę o SAFE. Program, który miał przynieść Polsce miliardy na modernizację armii. Program, dzięki któremu polskie fabryki zbrojeniowe – rozsiane po kraju jak warsztaty w powieściach Reymonta – miały dostać pieniądze na produkcję sprzętu dla wojska.
Ale prezydent postanowił, że nie. Bo suwerenność. Bo kredyt. Bo Bruksela. Bo coś tam jeszcze.
W jego opowieści program SAFE przypominał coś pomiędzy kredytem frankowym a planem okupacji Polski przez księgowych z Komisji Europejskiej.
Słuchałem tego orędzia z rosnącym zdumieniem. Bo trzeba mieć naprawdę nieprzeciętny talent, żeby z taniej pożyczki na obronność zrobić horror ekonomiczny. To trochę tak, jakby ktoś dostał propozycję kupna domu z ogromnym rabatem i odpowiedział: „Nie, bo cegły są podejrzanie czerwone”.
Prezydent mówił o kredycie na pokolenia. O gigantycznych kosztach. O zagrożeniu dla suwerenności.
Problem polega tylko na tym, że ekonomiści słuchali tych wywodów z minami lekarzy oglądających pacjenta, który twierdzi, że przeziębienie leczy się młotkiem.
Bo owszem, SAFE jest kredytem. Ale kredytem tanim. Tańszym niż ten, który Polska mogłaby zaciągnąć samodzielnie.
Czyli – mówiąc najprościej – Nawrocki odrzucił ofertę kupna samochodu z dużym rabatem, żeby potem zaproponować narodowi rower bez kół.
Ten rower nazywa się „SAFE zero procent”. Nazwa brzmi pięknie. Prawie jak reklama proszku do prania.
Problem polega tylko na tym, że w środku – jak zauważyli ekonomiści – nie ma pieniędzy.
Zero.
Dokładnie tyle, ile wynosi to słynne „zero procent”. Plan polega bowiem na tym, że Narodowy Bank Polski sprzeda trochę złota, potem je odkupi, a z różnicy powstanie magiczny zysk. To mniej więcej taka sama operacja finansowa, jaką stosują dzieci w piaskownicy: zakopać kamień, odkopać kamień i ogłosić, że właśnie odkryło się kopalnię diamentów.
W tej historii szczególnie wzruszający jest wątek złota. Politycy mówią o nim z nabożeństwem.
Jakby w skarbcu NBP leżała nie rezerwa walutowa, tylko skrzynia z pierścieniem Saurona. A przecież cała ta operacja polega na czymś bardzo prostym: spróbujmy udawać, że pieniądze istnieją.
To stara metoda polityczna. Działa szczególnie dobrze w krajach, w których wyborcy są zmęczeni myśleniem.
Ale Nawrocki na tym nie poprzestał.
Bo kiedy już zawetował pieniądze na zbrojenia, postanowił jeszcze zawetować reformę procedury karnej.
Chodziło o przepisy dotyczące tak zwanych „owoców zatrutego drzewa”. Czyli dowodów zdobytych nielegalnie. Nowelizacja miała ograniczyć możliwość korzystania z takich dowodów.
Co – jak twierdzili prawnicy – zbliżało polskie prawo do standardów europejskich.
Ale prezydent uznał, że to niebezpieczne. Bo utrudni walkę z przestępczością. To rozumowanie jest w gruncie rzeczy bardzo proste. Jeśli policja złamie prawo, żeby złapać przestępcę – to w zasadzie nic się nie stało.
Bo przecież liczy się skuteczność. To filozofia bardzo wygodna. Gdyby ją zastosować szerzej, można by na przykład wprowadzić zasadę, że chirurg może operować piłą do drewna, byleby tylko pacjent przeżył.
Ale prawdziwy geniusz tej prezydentury objawia się gdzie indziej.
W doradcach. Bo Karol Nawrocki ma niezwykłą zdolność do dobierania ludzi.
Powstają kolejne rady. Rada do spraw rolnictwa. Rada do spraw technologii. Rada do spraw energii. Rada do spraw samorządu.
Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w Pałacu Prezydenckim nie powstanie wkrótce także rada do spraw rad.
A w jednej z tych rad znalazł się starosta, który jeszcze niedawno nazywał Nawrockiego… sutenerem.
Polityka jest dziwną dziedziną życia. Czasem przypomina teatr. Czasem cyrk. A czasem terapię grupową ludzi, którzy powinni raczej unikać ostrych przedmiotów.
Najpiękniejsze jest jednak to, że wszystko odbywa się w imię wielkich słów. Suwerenność. Niepodległość. Honor.
W tle zaś stoi dość banalna prawda.
Karol Nawrocki jest prezydentem niezwykle aktywnym. Wetuje. Grozi. Przemawia. Cytuje Żeromskiego. Straszy Brukselą. I robi to z zapałem ucznia, który właśnie odkrył, że polityka polega głównie na mówieniu rzeczy, które brzmią poważnie.
Problem polega tylko na tym, że gdy z tego wszystkiego odjąć patos, cytaty i patriotyczne miny – zostaje coś bardzo prostego. Człowiek. I jego zdumiewająca zdolność do psucia rzeczy, które działały całkiem nieźle.
A żeby absurd był pełny, Sejm zdążył jeszcze w tym samym czasie wybrać nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Normalna rzecz w normalnym państwie: parlament wybiera, prezydent zaprzysięga, instytucje działają. W Polsce roku 2026 wygląda to jednak jak partia szachów rozgrywana z gołębiem. Gołąb wchodzi na planszę, przewraca figury, robi co robią gołębie i ogłasza zwycięstwo.
Bo wszyscy w Warszawie wiedzą jedno: Karol Nawrocki tych sędziów prawdopodobnie nie zaprzysięgnie. I już trwa wielka narodowa narada pod tytułem „jak obejść prezydenta, który postanowił zostać korkiem w butelce państwa”. Prawnicy dyskutują o uchwałach, procedurach, konstytucyjnych furtkach i awaryjnych drzwiach ewakuacyjnych. A w tle stoi prezydent, który najwyraźniej uznał, że jego historyczną rolą jest nie tyle kierować państwem, ile zabetonować je od środka jak niesforny majster, który pomylił plan budowy z instrukcją sabotażu.
Po dwudziestu czterech godzinach z tą prezydenturą człowiek czuje się trochę tak, jak po długiej podróży autobusem z pijanym filozofem. Dużo słów. Dużo gestów. Dużo metafizyki. A na końcu okazuje się, że autobus stoi w tym samym miejscu. Tylko pasażerowie są bardziej zmęczeni.
I wtedy dociera do człowieka myśl szczególnie niepokojąca: w tym autobusie kierowca też wygląda na zmęczonego — ale kierownicy uparcie trzyma się właśnie ten, który przez całą drogę tłumaczył wszystkim, że ta droga prowadzi donikąd.

Dodaj komentarz