
Mam siedemdziesiąt dwa lata, pięć małżeństw, dwie plajty finansowe, jedną emigrację przymusową i krótki więzienny za komuny, którego – z czysto turystycznego punktu widzenia – nie polecam nawet najbardziej ambitnym backpackerom. Dzielę czas między Warszawę i Toronto, pracuję nadal, bo najwyraźniej nikt mnie nie poinformował, że w tym wieku powinienem już siedzieć w fotelu, hodować gołębie i opowiadać wnukom, że kiedyś to były zimy.
Ilekroć czytam współczesne felietony o życiu, pracy i kondycji człowieka, ogarnia mnie uczucie bardzo podobne do tego, które pamiętam z aresztu śledczego: człowiek wie, że to się kiedyś skończy, ale zanim się skończy, ktoś przez godzinę tłumaczy mu, jak bardzo wszystko jest bez sensu.
Otwieram tygodnik. Artykuł o wypaleniu. Następny o cierpieniu. Kolejny o relacyjnym niedożywieniu, które brzmi jak diagnoza dietetyczna dla duszy. Jeszcze jeden o traumach pokoleniowych. Czytam to wszystko i mam wrażenie, że współczesny człowiek żyje w czymś w rodzaju elegancko opakowanego smutku premium.
Najbardziej modne jest dziś cierpienie. Cierpienie jest teraz jak drogie wino – im starsze i bardziej gorzkie, tym większy prestiż. Kto dużo przeszedł, ten jest autentyczny. Kto się spalił zawodowo, ten jest głęboki. Kto ma trzy terapie za sobą, ten jest dojrzały.
Czasami mam ochotę zapytać: a czy ktoś z państwa próbował po prostu żyć?
Kiedy byłem młody w Polsce Ludowej, cierpienie nie było filozofią ani narracją kulturową. Było logistyką codzienności. Brakowało wszystkiego: mięsa, benzyny, papieru toaletowego, kawy i sensownych butów. Kolejki ciągnęły się jak procesje pokutne. Ludzie stali godzinami po coś, czego jeszcze nie było, ale podobno miało przyjechać.
Nikt jednak nie pisał wtedy artykułów o „transformacyjnej mocy niedoboru papieru toaletowego”. Człowiek po prostu stał w kolejce i rozmawiał z sąsiadem o tym, czy jutro przywiozą kiełbasę.
A jak nie przywieźli – to się szło do domu i jadło jajecznicę.
Dziś natomiast czytam, że ludzie w pracy „spalają się, by zasłużyć na uznanie”. I oczywiście – to prawda. Ale gdy patrzę na to z perspektywy siedemdziesięciu dwóch lat, wygląda to trochę jak nowoczesna odmiana starego sportu: wyścigu szczurów, tylko z psychologicznym komentarzem w tle.
Kiedyś człowiek pracował, żeby przeżyć. Dziś pracuje, żeby udowodnić, że jest kimś. A ponieważ udowadnianie własnej wartości to zajęcie bez dna, pracuje jeszcze więcej, jeszcze dłużej i jeszcze bardziej heroicznie. W rezultacie przypomina kogoś, kto biegnie na bieżni w siłowni i z dumą ogłasza, że właśnie przebiegł dziesięć kilometrów, choć przez cały czas stoi w tym samym miejscu.
Psychologowie mówią dziś bardzo rozsądnie: dyskomfort to jedno, cierpienie to drugie. Dyskomfort rozwija, cierpienie łamie. Zgoda. Tylko że nasza cywilizacja zrobiła z tej myśli dziwną sałatkę.
Z jednej strony słyszymy: dbaj o siebie, odpoczywaj, stawiaj granice. Z drugiej strony system nagradza tych, którzy pracują jak traktory na dopalaczach i odpowiadają na maile o drugiej w nocy.
Efekt jest taki, że połowa ludzi funkcjonuje jak stare telefony z baterią na pięciu procentach. Jeszcze działają. Jeszcze świecą ekranem. Jeszcze wysyłają wiadomości. Ale każdy rozsądny człowiek widzi, że zaraz wszystko się wyłączy.
Druga sprawa to pokolenia.
Rodzice dzisiejszych nastolatków dorastali w świecie niedoboru i chaosu. Naszą strategią przetrwania było zaciskanie zębów. Potrafiliśmy pracować trzy etaty, wychowywać dzieci i w niedzielę jeszcze malować kuchnię. Emocje traktowaliśmy jak luksusowy dodatek do życia – coś w rodzaju klimatyzacji w samochodzie. Fajnie mieć, ale przecież można jechać bez.
Dzisiejsze dzieci wychowują się w świecie nadmiaru. Informacji jest tyle, że mózg człowieka przypomina otwartą skrzynkę mailową po trzytygodniowym urlopie. Wojny w telefonie, katastrofy klimatyczne w wiadomościach i algorytm, który co pięć minut przypomina, że ktoś gdzieś jest szczęśliwszy.
Nic dziwnego, że młodzi mówią: chwileczkę, może jednak nie chcemy żyć w permanentnym alarmie.

Starsze pokolenie patrzy na to z lekkim zdumieniem. Myśmy przetrwali dzięki twardości – mówią. A oni chcą rozmawiać o emocjach.
Prawda – jak to zwykle bywa – leży gdzieś pośrodku. Życie nie jest ani heroicznym cierpieniem, ani pastelową terapią przy świeczkach zapachowych. Życie jest raczej długim spacerem, w którym czasem świeci słońce, czasem pada deszcz, a czasem człowiek odkrywa, że zgubił parasol i musi iść dalej.
Czy cierpienie uszlachetnia? Bywa. Ale głównie w literaturze. W prawdziwym życiu częściej powoduje ból pleców, nadciśnienie i rozwody. Wiem coś o tym – mam ich na koncie kilka i zapewniam, że żaden z nich nie uczynił mnie świętym.
Dużo bardziej uszlachetniają rzeczy nudne i mało medialne: przyzwoita praca, poczucie humoru, odrobina dystansu do siebie i umiejętność powiedzenia „dość” zanim człowiek zamieni się w emocjonalny kompost.
Przeżyłem komunę, emigrację, kilka ekonomicznych katastrof i parę własnych głupot. I powiem coś, co może rozczarować miłośników cierpiętniczej filozofii.
Najlepsze momenty mojego życia nie miały nic wspólnego z cierpieniem.
Najlepsze momenty to były zwykłe dni.
Praca przy biurku. Rozmowa z przyjacielem. Śmiech dzieci. Zapach kawy rano. Poczucie, że świat – mimo wszystkich swoich absurdów – jest jednak miejscem, w którym warto się obudzić.
Dlatego kiedy czytam kolejne teksty o cierpieniu, wypaleniu i relacyjnym niedożywieniu, mam ochotę powiedzieć coś bardzo nieakademickiego.
Drodzy państwo.
Trochę spokoju.
Życie naprawdę nie jest projektem cierpienia. Jest raczej warsztatem, w którym człowiek codziennie coś naprawia, coś psuje i od czasu do czasu odkrywa, że jednak udało mu się zrobić coś sensownego.
A jeśli ktoś wciąż uważa, że wartość człowieka mierzy się ilością bólu, który zniósł, proponuję proste doświadczenie.
Niech przez tydzień spróbuje żyć dobrze.
To dopiero jest trudne zadanie.

Dodaj komentarz