
Piątek. Kawa jeszcze gorąca, pachnie jak obietnica, że wszystko dziś pójdzie gładko. Oczywiście nie pójdzie, ale to przecież nie o to chodzi. Jajko smaży się na wolnym ogniu – białko już ścięte, żółtko jeszcze zbyt ambitne, by się poddać. Radio gra coś starego, coś o wolności, która rzekomo nic nie kosztuje – chyba że mieszkasz w Polsce, wtedy płacisz za nią w ratach, każdą z inną stopą procentową. Dzień zaczyna się jak zawsze: z westchnieniem tak głębokim, że można by nim przewietrzyć piwnicę pełną obietnic wyborczych.
Zmęczenie to już nie stan, to styl życia. Nie chodzi tylko o pracę, nie o pogodę, nie o sąsiadkę z psem w różowym kombinezonie. To zmęczenie głupotą – tą codzienną, co zapełnia skrzynki mailowe i rozmowy w Biedronce, oraz tą polityczną, która rozlewa się z ekranów jak niedogotowany kisiel: klei się, nie wiadomo, po co i komu służy.
A teraz scena główna: Donald Trump. Tak, on znowu. Niczym w sequelu, którego nikt nie chciał, ale i tak musimy oglądać, bo ktoś go sfinansował. Trump powołuje coś, co nazywa „Radą Pokoju”, choć brzmi to jak nowa linia kosmetyków do cery trądzikowej. W skład tej Rady mają wejść przywódcy różnych krajów, a nawet ci, którzy tylko udają, że nimi są – jak Łukaszenka, reżyser białoruskiego teatru jednego aktora, czy Władimir Putin, ulubiony dyktator ludzi z problemem z czytaniem mapy.
Wśród zaproszonych gości – Karol Nawrocki. Nasz prezydent, człowiek o prezencji dyrektora muzeum i entuzjazmie pracownika działu kadr w ZUS-ie. I tu niespodzianka: Karol nie podpisał. Nie uległ urokowi Trumpa, nie kliknął „akceptuję warunki”, choć Trump był jak zawsze czarujący, czyli mówił tylko o sobie. Polska – dzięki tej decyzji – zachowała resztki twarzy. Co prawda, lekko obsikaną przez medialne buldogi, ale jednak twarz.
I tu robi się ciekawie. Bo choć oficjalnie Karol i Donald (Tusk, nie Trump – nie mieszajmy Donków) się nie znoszą, to jednak potrafili zagrać do jednej bramki. Udają, że są z innych planet, ale w tej jednej sprawie zachowali się jak dorośli. I to jest tak szokujące, że aż nikt nie chce w to uwierzyć. Elektorat prawicowy woli myśleć, że Tusk spiskuje z Brukselą, a elektorat liberalny – że Nawrocki nie wie, jak używa się telefonu. Tymczasem obaj po prostu zrobili to, co należało. Czyli nic.
Ale spokój nie potrwał długo. Otoczenie Nawrockiego zaczęło wyć jak psy do księżyca: „MSZ nas zostawiło!”, „Tusk na nartach, a my tu z notatką w Word!”. Aż żal słuchać. Czy prezydentowi naprawdę trzeba pisać gotowce, żeby wiedział, że nie podpisuje się rzeczy, które kosztują miliard dolarów i zawierają Putina w gratisie? W Pałacu Prezydenckim powinno się chyba umieć czytać między wierszami – choćby tymi w CNN.
Radosław Sikorski, szef MSZ, człowiek, który mógłby prowadzić pogrzeby, nawet jeśli nikt nie umarł, wtrącił się na X (czyli Twitterze, ale pod nową nazwą, która wygląda jak oznaczenie chemiczne gazu bojowego): „Prezydent powinien być wdzięczny, że rząd nie pozwolił mu się zbłaźnić”. Przydacz – stały bywalec sceny mikroagresji – odpowiedział z finezją buldoga: „O! Minister jednak istnieje!”
I tak oto polityka zagraniczna kraju rozgrywa się na poziomie przedszkolnego „sam jesteś głupi”. Oczywiście wszystko to w atmosferze, którą dyplomaci określiliby jako „chłód z elementami burzy tropikalnej”.
W międzyczasie, w innej scenie tego politycznego kabaretu: PiS walczy z długami. Nie państwa – swojej partii. Posłowie nie płacą składek. Serio. Partia, która miała być ostoją moralności i patriotyzmu, została złapana na gorącym uczynku unikania przelewów. Dworczyk, Brudziński, Kamiński, Szydło – lista jak z podręcznika do historii wstydu. Niektórzy tłumaczą się, że mają kredyty. Aha. Czyli jak się bierze 40 tys. miesięcznie, to trudno odłożyć tysiaka na partię. Rozumiemy.
Na czele tej groteski – Jarosław Kaczyński. Człowiek, który wierzy, że można rządzić Polską z tapczanu. Gani swoich ludzi, ale i tak daje „taryfy ulgowe” tym, którzy mają „zasługi dla Polski”. Co to za zasługi? Prawdopodobnie to, że jeszcze oddychają i wciąż są wierni jego starym, trzeszczącym ideałom.
I teraz pytanie dnia: czy Polska powinna wejść do Rady Pokoju Trumpa? Odpowiedź brzmi: nie. Z wielu powodów. Po pierwsze, dlatego, że Trump zaprosił Putina – człowieka, który uważa, że rozmowa o pokoju to wstęp do ostrzału rakietowego. Po drugie, dlatego, że wpisowe wynosi miliard dolarów. Miliard. Czyli tyle, ile kosztuje nowy stadion, cztery elektrownie wiatrowe albo tygodniowy urlop polskiej delegacji w Davos.
Tymczasem za oknem zima. Prawdziwa. Śnieg, mróz, sople i ludzie z minami jakby im ktoś schował kartę do bankomatu. Ukraina zamarza, a Europa drży przed konfliktem, który wciąż się tli. Zełenski spotyka się z Nawrockim w Wilnie – to dobrze. Wspólna historia, wspólna walka, wspólny wróg. Przynajmniej tu nikt nie udaje, że można pogadać z Putinem przy herbacie i ciastkach.
Podsumujmy: Nawrocki nie podpisał. Trump znowu się zakochał – tym razem w Polsce. PiS tonie we własnym długu, ale za to z godnością. A Ty, drogi Czytelniku, masz przed sobą weekend. I to jest prawdziwa nagroda.
Wypij tę kawę. Zjedz to jajko. I ciesz się, że nie musisz podpisywać żadnych miliardowych umów z byłym celebrytą, który uważa, że Grenlandię można kupić jak działkę w Międzyzdrojach.
Miłego weekendu. I pamiętaj: polityka to kabaret, w którym za bilety płacisz sam, a występujesz nieświadomie.

Dodaj komentarz