
Niedzielny poranek. Ten, w którym człowiek — tetryk, zmęczony światem, ale wciąż gotów do bitwy na słowa — patrzy na wiadomości i myśli: czy to wszystko jest aby na pewno realne? Czy może to jednak parodia, tylko autor zapomniał, że żart powinien mieć pointę?
Bo oto żyjemy w świecie, w którym politycy kłócą się jak przedszkolaki o łopatkę, globalne mocarstwa prężą muskuły tak desperacko, że aż im szwy pękają, a obywatele — biedni, dzielni, urobieni po łokcie — próbują zrozumieć, dlaczego na ich barkach wciąż spoczywa odpowiedzialność za odśnieżanie chodników. Publicznych. Czyli cudzych. Czyli formalnie: niczyich. Witamy w Polsce, kraju, w którym logika umarła w 1997 roku i nikt nie zauważył.
I. GÓWNIARZERIA NA SALONACH
Kiedyś władza w Polsce była jak stary koń pociągowy: powoli, czasem krzywo, ale ciągnęła. Dzisiaj przypomina raczej tabun źrebiąt po energetykach — biegną w różnych kierunkach, rżą, kopią się po zadach, i co chwilę któryś wpada na mikrofon i krzyczy coś o zdradzie.
W PiS-ie wrze. Nie tak elegancko jak w czajniku, raczej jak w garnku z bigosem po trzech dniach pełnych frustracji. Terlecki obraża Kaletę, Kaleta obraża się sam na siebie, Jaki komentuje wszystko, choć nikt go nie pytał, a Kaczyński — niczym patriarcha, który zgubił pilota do własnego państwa — grozi wszystkim zawieszeniem. Najchętniej w próżni.
To już nie partia. To kabaret, który gra sam siebie, tylko coraz bardziej desperacko. Jak to celnie podsumował ktoś z Lewicy: ostatnie podrygi prezesa. I trzeba przyznać — są to podrygi godne sędziwego koguta, który próbuje jeszcze imponować, ale skrzydła już ciężkie, a i piach go przysypuje.
II. GLOBALNE WOJNY, CZYLI DZIECI WE MGLE
W Monachium za to wielcy świata — no dobrze, trochę więksi niż nasi lokalni gladiatorzy od gówna na butach — próbują ustalić, co zrobić z planetą, która powoli przestaje się wyrabiać.
Sikorski, mądry jak zawsze, mówi Amerykanom rzecz prostą: „płacimy za tę wojnę, więc zasługujemy na miejsce przy stole”. Logiczne. Konsekwentne. Europocentryczne jak trzeba. I przyjęte wiwatami, choć wszyscy wiedzą, że jeśli Trump krzyknie „zabieram stół”, to Europa zostanie z krzesłem i rachunkiem.
Po drugiej stronie siedzi Iran, który obiecuje, że jeśli USA spróbuje nowej wojny, to zbombarduje każdą bazę w regionie. Dosłownie każdą. Bo odwaga w polityce międzynarodowej oznacza czasem tyle, że ktoś w telewizji powie coś, czego później wolałby już nie powtarzać.
A Stany szykują kolejny lotniskowiec, jakby to był grill na majówkę. Trump przebąkuje o zmianie reżimu w Iranie — bo czemu nie? Skoro nie udało się z pogodzeniem własnej partii, to może uda się z Bliskim Wschodem.
W międzyczasie Putin udaje, że chce pokoju, ale tylko pod warunkiem, że Ukraina poda mu się na tacy, najlepiej ze złotymi sztućcami.
To wszystko razem wygląda jak dantejska komedia, gdyby Dante pisał pod wpływem telewizji kablowej i niedzielnej prasówki. A nad tym wszystkim unosi się duch Putina — jak tłusty, oślizgły cień nad mapą Europy — który mruczy coś o pokoju, ale w ręku trzyma łom i młotek. Ten sam Putin, który myśli, że świat da się zastraszyć jak radnego w Niżnym Nowogrodzie. Ten sam, który wciąż wierzy, że Zachód to papierowy domek, a Polska — przystanek autobusowy do zdobycia w weekend. W jego głowie Polska istnieje tylko jako korytarz, który trzeba przejść w drodze do Berlina, a nie kraj z armią, pamięcią historyczną i uporem większym niż mróz na Suwalszczyźnie.
III. POLSKIE CHODNIKI I LOGIKA, KTÓRA WYSZŁA NA PAPIEROSA
A w Polsce? A w Polsce Manowska kwestionuje obowiązek odśnieżania chodników, jakby nagle odkryła, że to absurd. Oczywiście, że absurd. Absurd stary jak transformacja, tylko jakoś 30 lat zajęło komuś, by to zauważyć.
Bo w naszym kraju piesi ślizgają się na chodnikach, ale odpowiedzialność za to — nie, nie gmina, nie państwo — spada na właściciela domu, który raz przyjedzie na święta. Albo wcale. System jak z Barei, tylko Bareja by się tego wstydził.
Sąd Najwyższy mówi więc: „czas to zmienić”. A PSL i Polska 2050 już czują, że to ich moment — jak średni uczeń, który nagle odkrył, że potrafi rozwiązać jedno zadanie z matematyki i od razu chce prowadzić korepetycje. PSL tradycyjnie kiwa głową w rytm wiatru — jak wiatr zawieje, tak Kosiniak powie. Polska 2050 natomiast udaje, że właśnie wynalazła nowoczesną politykę, choć większość ich pomysłów wygląda jak instrukcja obsługi tostera przepisana przez zbyt ambitnego ucznia liceum. „Reforma chodników” to dokładnie ich klimat — nic konkretnego, dużo materiału wideo i obowiązkowo grafika w żółtym kolorze. Trybunał Konstytucyjny — ten sam, który ostatnio działa jak zacinający się ekspres do kawy — ma to ocenić. I pewnie oceni, tylko nie wiadomo kiedy. Zapewne „około”, jak w werdyktach Facebooka.
IV. POLAK — PANICZNY REALISTA
Tymczasem Polacy patrzą na inflację, ceny, pensje i myślą: przetrwać do pierwszego, a potem się zobaczy. 69 proc. nie ma żadnego planu awaryjnego. To i tak lepiej niż rząd, który ostatni plan widział w 2016 roku i od tamtej pory improwizuje jak jazzman po złym dniu.
Badania mówią jasno: większość z nas żyje „na styk”, „na czuja”, „na oby się udało”. Jedni kupują taniej, drudzy rzadziej, trzeci wcale. A czwartym bank wysyła SMS-y, których woleliby nie czytać.
To nie jest optymizm ani pesymizm. To jest polski stan skupienia. PSL w tym czasie stoi na rozdrożu jak chłop we mgle, zastanawiający się, czy bardziej opłaca mu się być z wiatrem czy pod wiatr, ale tak naprawdę i tak skończy na miedzy. A Polska 2050 udaje, że tę mgłę potrafi modelować w 3D, choć tak naprawdę tylko robi zdjęcia chmur i dodaje napisy o „nowej jakości”. W tle zaś Nawrocki próbuje udawać prezydenta, ale wychodzi mu to jak amatorkowi gra na werblu — dużo hałasu, brak rytmu i ciągłe mylenie stron partytury. Ten człowiek jest jak chodzące zaproszenie do chaosu: wszędzie, gdzie się pojawi, wszystko przestaje działać, a to, co działało, natychmiast zaczyna się psuć.
V. PODSUMOWANIE STARCA, KTÓRY WIDZIAŁ JUŻ WSZYSTKO
Świat płonie, wojny wiszą, politycy się żrą, media grzeją afery, a zwykły człowiek — ten, co odśnieża nie swój chodnik — ma wrażenie, że żyje w epoce, w której władza ma już tylko dwie funkcje:
- Straszyć.
- Udawać, że strach wynika z odpowiedzialności.
Ale jednocześnie w tym wszystkim jest jakaś nadzieja. Ta polska, ta irracjonalna, ta niezwykle uparta. Że może ta burza dziejowa przejdzie bokiem. Że może Iran nie zbombarduje wszystkiego. Że może Ameryka nie zapomni, gdzie leży Europa. Że może PiS ostatecznie odłoży widelce i przestanie walczyć o ostatni kawałek tortu.
I że może — to już marzenie odważne — chodniki same się odśnieżą. A jeśli nie, to może PSL ogłosi, że odśnieżanie to nowa forma patriotyzmu ludowego, a Polska 2050 zapowie aplikację, która będzie topić śnieg za pomocą pozytywnej energii społecznej. Tymczasem Nawrocki ogłosi, że śnieg to spisek Niemiec, a Putin — że to dowód na dekadencję Zachodu, bo jakby Rosja rządziła Europą, to śnieg by się bał padać.
A jeśli nie?
To cóż, przynajmniej mamy o czym pisać w niedzielę.
— Stary tetryk z Bielejewa, rocznik odporny na polityczną głupotę

Dodaj komentarz