





Nie oszukujmy się – kiedy Donald Trump mówi, że „USA będą rządzić Wenezuelą do czasu bezpiecznej transformacji”, to brzmi mniej jak plan stabilizacji państwa, a bardziej jak cytat z nowej wersji Gry o tron pisanej przez agenta nieruchomości. Tyle że zamiast smoków – ropociągi, a zamiast planu odbudowy – wywiad w Fox News, w którym prezydent opowiada, że wszystko ogarnie, bo „jego firmy wiedzą jak”.
No więc nie, nie wiedzą.
Administracja USA nie ma żadnego planu. A to, co wydarzyło się w Caracas, nie było „operacją militarną”, a zbiorowym aktem politycznego cosplayu. Wenezuela po obaleniu Maduro wygląda dziś jak mieszanka Libii z Irakiem, tylko z mniejszą ilością ropy i większą ilością frustracji.
RODÍGUEZ ICH, SYSTEM TEN SAM
Trump schwytał Maduro jak kolekcjoner rzadkich pokemonów, w stylu „złap je wszystkie, nawet socjalistycznych dyktatorów”. Ale co dalej? Delcy Rodríguez, wiceprezydentka, przejęła obowiązki głowy państwa. Czyli mamy rząd bez Maduro, ale z całym jego aparatem – coś jakby usunąć Putina, ale zostawić Szojgu, Naryszkina i Ławrowa, bo mają dobre kontakty w wojsku.
To nie jest transformacja. To lifting dyktatury. Coś jakby zamienić Syrenkę na Malucha i twierdzić, że właśnie przeprowadzono rewolucję motoryzacyjną.
15 TYSIĘCY ŻOŁNIERZY I MILIONY PYTAŃ
W kraju działają colectivos, kolumbijskie partyzantki, mafie wydobywające złoto, dysydenci FARC, kartele narkotykowe i uzbrojeni sąsiedzi. A Trump wysłał 15 tysięcy żołnierzy, co nie wystarczyłoby na porządne zabezpieczenie stadionu na mecz Polska–Rosja, a co dopiero na 30-milionowy kraj o wielkości trzech Francji. Widać prezydent USA myśli, że kontrola nad krajem to coś jak przejęcie hotelu – trzeba tylko wymienić personel i zamówić świeże ręczniki.
Oczywiście pojawiły się analogie do Afganistanu i Iraku, bo język Trumpa brzmi jak z podręcznika administracji Busha: „wojna się sama sfinansuje”, „ropa wszystko pokryje”, „wolność zrzucimy z samolotu”. Tyle że tym razem nie ma żadnych planów odbudowy, a sektor naftowy w Wenezueli leży jak PiS-owska reforma edukacji – rozgrzebany, zaniedbany, pełen dymu i ruin.
ZBROJENIÓWKA GÓRĄ, A MORALNOŚĆ W DOŁKU
Rynki reagują jak zwykle – kupując nadzieję i sprzedając zdrowy rozsądek. Zbrojeniówka rośnie, cena ropy faluje, inwestorzy klaszczą, jakby świat właśnie zamienił chaos w ład. Rheinmetall i inne firmy zbrojeniowe trzęsą portkami ze szczęścia, a giełdy w Tokio i Frankfurcie robią sobie rajd optymizmu.
A przecież nie ma nic bardziej przewidywalnego niż chaos po amerykańskiej interwencji. To jakby próbować naprawić zegarek młotkiem, a potem dziwić się, że pokazuje wojnę.
DEAL STULECIA – TY MI WENEZUELĘ, JA CI UKRAINĘ
I tu pojawia się teoria spiskowa, która pachnie nie teorią, a realpolitik: może Trump dogadał się z Putinem. Ty mi Wenezuelę, ja ci Ukrainę. Ty mnie nie blokujesz w Caracas, ja przymykam oko w Donbasie. W końcu Trump ma do polityki stosunek transakcyjny jak do nieruchomości: liczy się metraż i sąsiedztwo, nie moralność. A Putin? On lubi, gdy ktoś sprząta mu konkurencję.
NARKOTYKI, BOLIWAR I ZIMNA STAL
Nie tylko ropa żyje tą wojną. Złoto drożeje, dolar się umacnia, a nawet wenezuelski boliwar podnosi głowę. Niby na moment, niby z pomocą państwowej kontroli, ale jednak. To jakby waluta wyszeptała: „może nie będzie aż tak źle?”. Ale potem przypominasz sobie, że kraj wciąż nie ma rządu z legitymizacją, planu gospodarczego ani lekarstw, i wiesz, że to tylko drgawka w systemie, nie ozdrowienie.
KUBA, KOLUMBIA, GRENLANDIA – WIELKIE „NIEBIESKIE” MARZENIA
Ale Trump nie poprzestaje na Wenezueli. Z pokładu Air Force One rzuca pogróżki jak horoskop polityczny. Kuba? „Upadnie lada dzień” – twierdzi, bo przecież przetrwała tylko dzięki pieniądzom z Caracas. Kolumbia? „Rządzi nią chory człowiek od kokainy” – mówi o prezydencie Petro. A Grenlandia? Cóż, tego lądu Trump wciąż pragnie jak dziecko lizaka, bo „USA go potrzebują”.
To już nie polityka zagraniczna – to flipping kontynentów. Jakby prezydent Stanów Zjednoczonych prowadził własny kanał na YouTube: Trump Buys The World.
I CO TERAZ, PANIE PREZYDENCIE?
Trump chce odbudować Wenezuelę, ale dopiero po tym, jak wymusi „dobre zachowanie” u Delcy Rodríguez. I choć mówi, że da szansę „wyborowi przywódcy przez obywateli”, to brzmi to jak obietnica, że w piekle będzie klimatyzacja – może i ładna wizja, ale nie zgadza się z rzeczywistością.
KONIEC BAJKI, POCZĄTEK CHAOSU
Wojna w Wenezueli, mimo pozorów chirurgicznego cięcia, bardziej przypomina rzeźnię niż operację. Trumpowi chodziło o skalp. Chcieli wojennego trofeum. Maduro schwytany, konferencje zaliczone, słupki rosną. A że kraj się wali? Cóż, Amerykanie zawsze wychodzili z założenia, że jak coś się rozwali, to ktoś inny to później posprząta.
Nie będzie demokratycznej transformacji, nie będzie planu Marshalla, nie będzie nawet stabilnego eksportu ropy. Będzie tylko kurz, huk, i kolejna porażka w opakowaniu sukcesu.
I wenezuelska wersja powiedzenia: „Trump was here” – wypisana na murze, sprayem zrobionym z benzyny za 500 dolarów za galon.

Dodaj komentarz