
Warszawa w maju ma w sobie coś z człowieka po ciężkiej rodzinnej awanturze. Miasto niby już pachnie wiosną, kasztany stoją napuszone jak generałowie na emeryturze, ogródki kawiarniane pełne są ludzi udających, że odpoczywają, ale pod tym wszystkim drży jakaś nerwowa nuta. Człowiek idzie Marszałkowską i ma wrażenie, że za chwilę zza rogu wyjdzie rzecznik kolejnej państwowej katastrofy i ogłosi konferencję prasową o stabilności sytuacji. W Polsce bowiem im częściej mówią o stabilności, tym bardziej człowiek sprawdza, czy nie powinien jednak kupić świec, konserw i obcej waluty.
Narodowy Bank Polski miał być przecież świątynią powagi. Taką instytucją, która działa gdzieś w tle, jak elektrownia albo kanalizacja. Człowiek nie musi się nią interesować. Ma istnieć, nie eksplodować i nie organizować politycznych kabaretów. Tymczasem NBP pod rządami Adama Glapińskiego przypomina późny dwór saski. Wszystko błyszczy, wszędzie pełno znajomych, atmosfera ciężka od perfum, ambicji i wzajemnych przysług, a po korytarzach snują się ludzie z miną dworzan przekonanych, że państwo istnieje głównie po to, aby oni mogli mieć gabinet, kierowcę i podpis na wizytówce.
Sam Glapiński wygląda jak zmęczony właściciel kasyna nad morzem, który jeszcze próbuje udawać pewność siebie, ale już wie, że ruletka zaczyna się zacinać. To jest w ogóle niezwykła postać. Człowiek, który przez lata mówił o gospodarce tonem proboszcza tłumaczącego dzieciom tajemnicę Trójcy Świętej. Zawsze z tym uśmiechem profesora przekonanego, że reszta sali nie nadąża za jego geniuszem. I oto ten sam człowiek urządza teraz z prezydentem Nawrockim konferencję o złocie, armii i papierowych zyskach, która brzmiała jak prezentacja startupu prowadzonego przez dwóch panów po trzeciej kawie i dziewiątej teorii spiskowej.
To całe „SAFE 0 proc.” miało w sobie majestat bazaru pod Halą Mirowską. Glapiński opowiadał o skupowanym złocie z takim namaszczeniem, jakby odkrył sekretny skarbiec templariuszy. Nawrocki zaś stał obok i kiwał głową z miną człowieka, który nie do końca rozumie instrukcję montażu, ale bardzo chce wyglądać na dowódcę ekspedycji ratunkowej cywilizacji łacińskiej. W tle brakowało już tylko Cenckiewicza z mapą agentów i Przydacza, który wyjaśniałby narodowi, że wszystko zostało przewidziane przez Piłsudskiego podczas spaceru po Sulejówku.
Donald Tusk musiał patrzeć na ten spektakl jak człowiek, który poszedł negocjować zakup mieszkania, a na miejscu odkrył, że sprzedający hoduje w salonie trzy pytony i handluje bursztynem. Problem nie polegał bowiem wyłącznie na złocie i konferencji prasowej. Problem polegał na tym, że w tle trwała dużo poważniejsza rozgrywka o kontrolę nad Narodowym Bankiem Polskim.
Cała awantura zaczęła się od kończących się kadencji członków zarządu NBP. To brzmi nudno, prawie księgowo, ale właśnie na tym polega dramat państwa. Najgroźniejsze kryzysy często zaczynają się od rzeczy, które przypominają instrukcję obsługi segregatora. Zarząd NBP musi mieć określoną liczbę członków. Jeśli liczba spadnie poniżej ustawowego minimum, zaczyna się prawny chaos. Decyzje banku mogą być podważane, pojawia się pytanie o legalność działania instytucji, a w najgorszym scenariuszu może dojść nawet do czegoś, co brzmi jak tytuł radzieckiego thrillera ekonomicznego — zarządu komisarycznego.
I właśnie tutaj zaczyna się polska operetka personalna. Glapiński chciał utrzymać wpływy w banku poprzez Martę Kightley, swoją wieloletnią współpracowniczkę i polityczne zaplecze. Nawrocki chciał mieć w zarządzie swoich ludzi, bo prezydent bez ludzi w NBP jest jak monarcha bez dworu — może i ma pałac, ale nikt nie podaje herbaty. Tusk natomiast chciał mieć gwarancję, że bank centralny nie pozostanie prywatnym folwarkiem ludzi PiS-u po przegranych wyborach.
Wymyślono więc klasyczny polski kompromis. Taki kompromis, po którym wszyscy wychodzą obrażeni, ale udają rozsądek dla dobra państwa. Każda strona miała dostać swojego człowieka w zarządzie. Glapiński swoją Kightley. Nawrocki swojego reprezentanta. Tusk człowieka kojarzonego z obecną władzą. PSL także swojego delegata, bo PSL jest jak obowiązkowa pietruszka w polskiej gastronomii — człowiek nawet nie pamięta, kto ją zamawiał, ale zawsze pojawia się na talerzu.
I wtedy Glapiński razem z Nawrockim urządzili konferencję o złocie i „SAFE 0 proc.”. Dla Tuska wyglądało to jak klasyczna próba pokazania siły. Najpierw negocjujemy po cichu, a potem wychodzimy przed kamery i demonstrujemy, kto tutaj naprawdę rozdaje karty. Premier odebrał to jako sygnał, że PiS-owskie zaplecze w NBP nadal chce prowadzić własną politykę gospodarczą ponad głową rządu.
Ale prawdziwy problem był jeszcze głębszy. Tusk najwyraźniej uznał, że może zostać zwyczajnie oszukany. Obawiał się scenariusza, w którym podpisze zgodę na wszystkich kandydatów, a Nawrocki później powoła tylko swoich ludzi i ewentualnie kogoś z PSL-u, zostawiając bez nominacji człowieka kojarzonego z obecną władzą. Wtedy PiS i Pałac Prezydencki przejęłyby kontrolę nad zarządem NBP, a Tusk wyglądałby jak klient, który podpisał umowę kupna mieszkania, po czym odkrył, że dostał jedynie klucze do piwnicy.
Dlatego premier zablokował wszystkie kandydatury. To był ruch brutalny, ale politycznie zrozumiały. Tusk uznał najwyraźniej, że lepiej wejść w otwarty konflikt niż pozwolić się politycznie ograć ludziom, którzy przez lata traktowali instytucje państwa jak prywatny magazyn wpływów.
Skutki tej decyzji mogą być jednak bardzo poważne. Jeżeli jesienią skończy się kadencja kolejnego członka zarządu i nie będzie nowych nominacji, NBP może znaleźć się w stanie prawnej prowizorki. Wyobraźmy sobie bank centralny największego kraju Europy Środkowej działający w oparciu o interpretacje, półśrodki i awaryjne opinie prawne. To trochę tak, jakby pilot samolotu podczas lotu tłumaczył pasażerom, że formalnie jeden silnik już odpadł, ale eksperci analizują, czy nadal można uznać maszynę za zgodną z instrukcją.
Pojawiają się dziś trzy możliwe scenariusze. Pierwszy zakłada, że obie strony jednak się dogadają. Polska polityka zna takie przypadki. Po tygodniach awantur politycy nagle odnajdują w sobie ducha odpowiedzialności, zwykle wtedy, gdy sondaże zaczynają wyglądać jak wyniki badań cholesterolu po świętach.
Drugi scenariusz jest dużo groźniejszy. Konflikt trwa dalej, zarząd NBP traci ustawową liczbę członków, a legalność decyzji banku zaczyna być podważana. To oznaczałoby chaos prawny, polityczny i finansowy. Rynek finansowy nie lubi chaosu. Inwestorzy są jak gołębie w centrum miasta — wystarczy jeden gwałtowny ruch, a całe stado odlatuje.
Jest wreszcie trzeci scenariusz, najbardziej polski ze wszystkich. Instytucja działa dalej mimo prawnych wątpliwości, Europejski Bank Centralny wydaje jakąś ostrożną opinię, politycy udają, że wszystko jest pod kontrolą, a państwo jedzie dalej na prowizorce i taśmie klejącej. Polska od lat funkcjonuje przecież trochę jak stary rodzinny samochód, który według wszystkich zasad mechaniki nie powinien już odpalać, ale każdego ranka jakoś jeszcze kaszlnie, zadymi i ruszy.
Najbardziej uderzające jest to, że oni wszyscy ciągle myślą kategoriami podwórkowego szantażu. Nawrocki, Glapiński, całe to otoczenie politycznych rekonstruktorów mocarstwowości zachowuje się tak, jakby Polska była osiedlową spółdzielnią, gdzie najważniejsze jest przechytrzyć sąsiada i szybciej zabrać krzesło z zebrania. Tusk najwyraźniej uznał, że próbuje się go zrobić w bambuko. I trudno mu się dziwić. Bo politycy PiS-u od lat działają jak grupa ludzi handlujących używanymi samochodami. Wszystko jest „pewne”, „sprawdzone”, „uczciwe”, tylko później okazuje się, że silnik został przywiązany sznurkiem do reszty konstrukcji.
Karol Nawrocki natomiast coraz bardziej przypomina człowieka, który dostał do prowadzenia ogromny transatlantyk tylko dlatego, że kiedyś dobrze wyglądał na zdjęciach z muzeum. Jego polityczne otoczenie jest zresztą osobnym poematem groteski. Cenckiewicz sprawia wrażenie historyka, który każdą rozmowę zaczyna od słowa „agentura”, a kończy wizją końca Polski pod okupacją liberalizmu i rowerów miejskich, na szczęście już go nie ma. Bogucki wygląda jak człowiek permanentnie obrażony na rzeczywistość, że nie przypomina patriotycznego serialu z TV Republika. A cały ten dwór Nawrockiego ma w sobie coś z amatorskiego teatru wystawiającego sztukę o państwowości przy pomocy plastikowych szabel i wielkich słów.
W tym wszystkim PSL zachowuje się oczywiście jak PSL. Ta partia jest jak kot przywiązany do kromki chleba masłem do góry. Nieważne, jak ją rzucisz, zawsze wyląduje w pobliżu władzy. Kosiniak-Kamysz od lat dryfuje przez politykę z uśmiechem człowieka, który potrafiłby wejść do koalicji nawet z prognozą pogody. PSL nigdy nie zamyka drzwi. Oni je tylko lekko uchylają i sprawdzają, skąd mocniej pachnie stanowiskami.
Najbardziej smutne jest jednak to, że cały ten cyrk odbywa się nad głowami zwykłych ludzi. Gdzieś obok starsza kobieta liczy drobne przy kasie. Młody chłopak zastanawia się, czy będzie go stać na wynajem mieszkania. Ktoś jedzie do pracy tramwajem i patrzy przez szybę na mokre od deszczu ulice. Wiosna przyszła do Polski trochę nieśmiało, trochę chłodno, jakby sama nie była pewna, czy warto się tutaj angażować emocjonalnie. A nad tym wszystkim politycy rozgrywają partyjnego pokera o bank centralny, jakby chodziło o podział stolików w kasynie po zamknięciu sezonu.
I może właśnie to jest najbardziej polskie. To dziwne współistnienie codzienności i permanentnego absurdu. Ludzie sadzą pelargonie na balkonach, dzieci jedzą lody nad Wisłą, emeryci karmią gołębie, a gdzieś w gabinetach trwa wielka narodowa operetka o złocie, kontrasygnatach i legalności zarządu NBP. Państwo chwieje się na nogach, ale nadal idzie do przodu z uporem człowieka wracającego nocnym autobusem z wesela.
Polska od dawna nie przypomina już nowoczesnej republiki. Bardziej przypomina stary autokar jadący nocą przez zaspaną Europę Wschodnią. Kierowcy zmieniają się co chwilę. Jeden krzyczy o patriotyzmie, drugi o stabilności, trzeci handluje złotem, czwarty opowiada o zdradzie narodowej. Pasażerowie siedzą zmęczeni, śpiący, trochę pogodzeni z losem. I tylko czasami ktoś podnosi głowę, patrzy przez okno i pyta cicho, czy ten autobus w ogóle jeszcze jedzie we właściwą stronę.
Źródło inspiracji i materiałów: artykuł Onetu o sporze wokół NBP i politycznych kulisach konfliktu wokół zarządu banku centralnego:

Dodaj komentarz