ZAMIECIONE POD DYWAN, CZYLI JAK POLITYCZNY ODŚWIEŻACZ POWIETRZA NIE UKRYŁ SMRODU MILIARDÓW

Warszawa

W starym królestwie, gdzie złoty orzeł miał bielmo na oku, a prawo było bardziej sugestią niż zasadą, oto znowu wypłynęło to, co miało zostać głęboko zakopane — jak zdechła ryba w ogródku cioci Krysi. Afera GetBack — ta pachnąca mieszanką chamstwa, nieudolności i prawdopodobnej przestępczości zorganizowanej — wraca do nas niczym kot domagający się karmy o 4 rano: uporczywie, głośno i z pazurami.

Ale zanim wejdziemy w bagno, pochylmy się przez chwilę z szacunkiem i delikatną ironią nad jedyną postacią, która zdaje się jeszcze wiedzieć, gdzie leży kompas: Donaldem Tuskiem. Człowiek ten, niczym polityczny Gandalf wśród orków bez matury, jakoś wciąż potrafi mówić pełnymi zdaniami i nie myli Trybunału Stanu z Trybunałem Sprawiedliwości, UEFA. A to już coś.

Tymczasem reszta tej wesołej kompanii z Zjednoczonej Prawicy zachowuje się, jakby była obsadą kiepskiego remake’u House of Cards, tylko że w wersji “dom z kartonów po kefirze, klejony śliną i modlitwą Zbigniewa”. Mamy tu klasyczny schemat: wielkie pieniądze (3,5 miliarda, czyli dokładnie tyle, ile potrzeba na dwie elektrownie, trzy willowe osiedla i jedną kampanię wyborczą), zagubione dokumenty (prawdopodobnie spalone, zjedzone albo użyte do tapetowania gabinetów), i znikających świadków – jakby wszyscy naraz wygrali bilet w jedną stronę do San Escobar.

Prezes NIK Marian Banaś, którego jeszcze niedawno uważano za cichą legendę księgowości w stylu “skarbówka mnie nie tyka, bo się mnie boi”, teraz wychodzi na rycerza z excela i młotkiem prawnym. I dobrze. Tylko że Banaś, choć dziś brzmi jak wujek, który wreszcie przestał pić i zacął mówić prawdę na imieninach, sam przez lata spał pod tym samym dywanem, pod którym dziś węszy z lupą. Może to więc bardziej zemsta króla szczotek niż skruchliwa spowiedź.

W każdym razie, jeśli faktycznie będą “zawiadomienia na najważniejszych polityków PiS”, to może wreszcie zobaczymy, jak wygląda polityczna odpowiedzialność. Spoiler: zapewne znowu jak sejmowa komisja, która po pięciu latach raportuje, że “to było bardzo skomplikowane” i “nikt nie pamięta, kto podpisał ten papier”.

Mateusz “Złote Obligacje” Morawiecki już podobno zeznawał. To musi być trudne, tłumaczyć, że nie zauważył znikających miliardów, bo akurat był zajęty… nie wiem… obsadzaniem rad nadzorczych ludźmi, którzy nie odróżniają spółki akcyjnej od spółki grillowej. A Zbigniew Ziobro? Ten człowiek mógłby się wytłumaczyć nawet z podpalania przedszkola, mówiąc że “to wina Tuska”, i jeszcze przekonałby TV Republika, że zrobił to z troski o polskie dzieci.

Ale dobrze, że ktoś próbuje ten cyrk nazwać po imieniu. Może jeszcze zdążymy rozliczyć tych, którzy przez lata traktowali państwo jak kartę lojalnościową w Orlenie: im więcej przepalisz, tym więcej punktów.

Tusk, którego dawno temu wysłaliśmy do Brukseli w paczce po bananach, dziś wraca i patrzy na tę piaskownicę pełną gnoju z miną: “Naprawdę? Zostawiłem was na chwilę, a wy zrobiliście z tego Bananistan?”. I trudno mu się dziwić.

Więc może, zanim znowu wybierzemy ludzi, którzy nie potrafią odróżnić rynku kapitałowego od dyskoteki, zastanówmy się, czy nie lepiej mieć przywódcę, który przynajmniej umie zawiązać krawat i nie ukrywa majątku pod schodami.

Afera GetBack to nie tylko kolejny dowód na to, że PiS to partia, która lubi mówić o uczciwości, ale ma alergię na kontrolę. To także tragiczna lekcja dla tych 9,5 tysiąca ludzi, których oszczędności poszły się obligować.

Czas więc zdjąć dywan, wytrzepać brudy, a potem go spalić. Albo, jeszcze lepiej — wystawić na licytację i zysk przeznaczyć na odszkodowania. A polityków, którzy przez lata karmili się tym systemem, wysłać… gdzieś, gdzie nie ma kamer. Czyli do Sejmu nowej kadencji.

Z Tuskiem przynajmniej wiadomo jedno: może i nie zbawi świata, ale przynajmniej nie sprzeda go na raty GetBackowi.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights