




Zanim zaczniemy liczyć wpadki, podsumujmy nadzieje.
Oto nadchodzi 2026 rok – jak zawsze niesiony na fali sylwestrowej iluzji, że coś się zmieni tylko dlatego, że zmienimy kalendarz. Ale tym razem naprawdę mamy powód, by przynajmniej raz nie wzruszać ramionami. Polska, ta wiecznie pogubiona między tradycją a TikTokiem, wchodzi w nowy rok z impetem gospodarczym, który – o zgrozo – nie jest wyłącznie statystyczną fatamorganą.
PKB wystrzeliło w kosmos jak rakieta z napisem „da się”, a inwestycje publiczne i prywatne zaczynają przypominać coś więcej niż pozorowaną krzątaninę wokół unijnych papierów. Mamy pomysły, mamy technologie, mamy ludzi – czasem nawet tych samych ludzi, którzy kiedyś sabotowali własne reformy. Ale trudno. Takie mamy społeczeństwo: czasem się potyka o swoje idee.
2025 był rokiem dużych kontrastów. Z jednej strony rekordy na GPW, nowe programy inwestycyjne PFR, przełomy w cyfryzacji, ekspansja polskiego kapitału za granicę. Z drugiej – polityczny kabaret na poziomie teatru objazdowego z lat 90., wieczne spory o symboliczne bzdury i prezydenckie weta rzucane na oślep jak konfetti z rąk obrażonego Mikołaja.
A jednak, mimo wszystko, jesteśmy w miejscu, które daje nadzieję. I nie chodzi tylko o wskaźniki makro. Chodzi o to, że coraz więcej ludzi widzi potrzebę poważnej rozmowy o tym, gdzie chcemy być za pięć czy dziesięć lat. I że coraz trudniej będzie rządzić populizmem, ignorancją i memem. Bo społeczeństwo zaczyna pytać nie tylko „ile”, ale „po co”.
Dlatego ten felieton jest jak noworoczny toast. Trochę śmiechu, sporo ironii, garść złośliwości – ale z sercem w miejscu, gdzie Polska ma jeszcze rozum.
Jeśli ktoś jeszcze myślał, że Polska to kraj rozpaczy i kotleta schabowego, to niech się obudzi i spojrzy w dane: gospodarka pęcznieje jak ciasto drożdżowe w ciepłej kuchni matki Polki, a PKB przekracza magiczne 1 bln dol. Duma narodowa! Sukces cywilizacyjny! Aż chciałoby się przytulić wykres wzrostu gospodarczego i pocałować indeks WIG20 w rozgrzane czoło.
Problem w tym, że polski rynek kapitałowy nadal przypomina zawodnika sumo, który zgubił drogę na zawody i siedzi na peronie w Koziej Wólce, jedząc drożdżówkę. Jest ogromny potencjał, tylko nie wiadomo gdzie. Kapitalizacja GPW to 22% PKB, podczas gdy w UE sięga po 67%. To nie tylko liczba – to metafora pozycji rynkowej, w której znajdujemy się my, z naszymi prężącymi się wykresami i czapką z daszkiem, zamiast kasku inwestycyjnego. Polska giełda? Raczej przydrożna budka z watą cukrową. I chociaż indeksy rosną (WIG przekroczył 100 tys. punktów, WIG20 wzrósł o 40%), rachunki maklerskie się mnożą (ponad 2,4 mln w listopadzie 2025), a zagraniczni inwestorzy pakują euro jakby grali w „Monopoly”, to nadal mamy problem: Polacy trzymają pieniądze w skarpecie. A czasem w banku, ale efekt jest podobny: realne straty, inflacyjne biczowanie i stagnacja w przebraniu bezpieczeństwa.
Naród niby sprytny, a inwestuje tak, jakby 2025 rok był rokiem 1995. Gotówka i lokaty bankowe to 1,75 bln zł, a instrumenty finansowe ledwo dyszą z 0,6 bln. Stopa oszczędności Polaków to mizerne 6,38%, przy średniej unijnej ponad 14%. Dla porównania: Niemcy w tym czasie kupują ETF-y i wchodzą na rynek zielonych obligacji, a my grzecznie pytamy kasjerkę, czy oprocentowanie 1,2% to już „lokata premium”. A potem dziwimy się, że niemiecka emerytura wygląda jak urlop marzeń, a nasza jak paragon z Biedronki.
Ale że nie samym wstydem żyje rynek, rząd odpalił fajerwerk: OKI! Obiektywnie Kapitalistyczna Inicjatywa. Albo Oszczędności Katalizowane Inercją. Albo Odrobina Kapitalizmu I… zobaczymy. To program, który ma skanalizować część oszczędności gospodarstw domowych w kierunku rynku kapitałowego, zmniejszając dominację biernych depozytów. Ministerstwo Finansów szacuje, że do 2040 roku może to wygenerować dodatkowe 74 mld zł napływu na giełdę. Tylko że w praktyce to zależy, czy Karol „Weto” Nawrocki nie wymyśli, że rynek to masoneria i trzeba go zawetować. Albo że GPW to ukryta agenda Sorosa.
Nawrocki zresztą to osobna opera tragikomiczna. Człowiek, który wszedł w prezydenturę z zapałem ucznia na wywiadówce, a teraz próbuje grać mężczyznę stanu, siedząc na kolanach Sławka Cenckiewicza. Otoczony przez Przydaczów, Boguckich i innych z klubu „Zakon Rydza-Myślacza”, robi wszystko, by pomylić scenę polityczną z rekonstrukcją historyczną. Veto tu, veto tam, a kraj zastanawia się, czy mamy prezydenta, czy figury z muzeum figur woskowych.
Podobne pomieszanie pojęć można zaobserwować w PSL-u, który właśnie postanowił zrozumieć technologię blockchain. Ten widok byłby rozczulający, gdyby nie był tak dramatyczny. Kosiniak-Kamysz otwierający raport o tokenizacji aktywów wygląda jak chłopczyk próbujący naprawić satelitę kluczem francuskim. PSL, partia przywiązana do gleby i paragonów z KRUS, teraz próbuje tłumaczyć społeczeństwu wartość decentralizacji. To tak, jakby Rada Sołecka zorganizowała panel o kryptowalutach w stodole i zaprosiła do moderacji świadka Jehowy. Śmieszno? Bardzo. Straszno? Jeszcze bardziej.
Na szczęście po drugiej stronie barykady Donald „Tankowiec” Tusk, Waldemar „Kodeks” Żurek i Andrzej „NiePanikuję” Domański prowadzą ofensywę rozumu. Tak, czasem się sprzeczają, ale przynajmniej nie mylą Sejmu z TikTokiem. To dzięki nim Polska się rusza. PFR wprowadza program „Innovate Poland”, który nie tylko brzmi jak start-upowy zastrzyk kofeiny, ale ma realny sens. 8 miliardów na innowacje? Brzmi jak plan. Zakładając konserwatywny mnożnik, to co najmniej 250 firm z potencjałem globalnym – a nie kolejna aplikacja do dostarczania pierogów na hulajnodze.
W przeciwieństwie do Czarzastego, który pewnie nadal nie wie, czy woli marksizm czy makaron. A PSL? Obrotowy klub dziadersów, który śmiało można by nazwać „Partią Samych Lokajów”. Kosiniak-Kamysz, który w jednym tygodniu był liberalny, socjalny i centrowy, to chodzący efekt cieplarniany idei politycznej. Teraz jeszcze chce być innowacyjny. Koń by się uśmiał, gdyby nie był wykupiony przez fundusz agrotechnologiczny z Doliny Krzemowej.
Na marginesie tej groteski mamy jeszcze kryptoentuzjastów, którzy nadal udają, że Bitcoin to wolność, a nie dźwignia finansowa dla naiwnych. Rynek bez regulacji, z logiką jak dom aukcyjny prowadzony przez kota. Regulacja? Zło. Bezpieczeństwo? Fikcja. A potem zdziwienie, że portfel cyfrowy wyparował.
Podsumowując: Polska gospodarka to lokomotywa, ale wciąż ciągnięta przez wąskotorowy rynek kapitałowy, któremu często brakuje torów, a czasem nawet maszynisty. Potencjał mamy gigantyczny, ale potrzebujemy odwagi, rozumu i stabilnej współpracy. I mniej prezydenckiego teatru, więcej rynkowej praktyki.
Czy Polska może być Doliną Krzemową Europy Środkowej? Może. Tylko najpierw przestańmy inwestować w gruszkę na wierzbie i zaczniemy w przyszłość. Bo choć wszystko rośnie: PKB, indeksy, nawet płaca minimalna, to polska głowa nadal musi się nauczyć myśleć w kategoriach kapitału, nie kapliczki.
A na koniec: SAFE. Instrument unijny, który może dać Polsce kilkanaście miliardów oszczędności. Program, który umożliwia finansowanie wydatków obronnych i infrastrukturalnych po preferencyjnych warunkach – niższe oprocentowanie, brak spłat przez pierwsze 10 lat, elastyczne terminy – to więcej niż bonus: to fundament nowoczesnego planowania. I tak, Polska może być największym beneficjentem. Ale to nie wystarczy, gdy w Pałacu Prezydenckim siedzi klub rekonstruktorów Sanacji, a w Sejmie wśród ław Konfederacji słychać tylko rechot Brauna i puste slogany Mentzena.
Europa pędzi. Polska może gonić. Ale najpierw musi wyjść z piaskownicy ideologicznych zabawek i wziąć się do roboty. A przynajmniej nie przeszkadzać tym, którzy już zaczęli.

Dodaj komentarz