Polska – kraj tak dzielny, że potrafi jednocześnie trzymać za rękę walczącego sąsiada, kopać go pod stołem i narzekać, że robi się tłoczno przy stole. Kraj, w którym strategia wobec Ukrainy przypomina przechodzenie przez pole minowe w butach narciarskich, a ochrona zdrowia – taniec zombie w zadymionym klubie techno.
Z jednej strony – Rosja z uporem godnym lepszej sprawy atakuje Kijów dronami, rakietami i całymi tonami imperialnego kompleksu, licząc, że Zachód – a zwłaszcza Polska – w końcu się znudzi pomaganiem. Z drugiej – Ukraina, która coraz częściej patrzy na nas jak na partnera z syndromem huśtawki: raz brat, raz wyrocznia moralna, raz obrażony pan z granicy.
A my? My rozkładamy ręce, wypychamy zboże z portów, budujemy mentalne mury i debatujemy, czy bardziej boli nas Wołyń, czy może jednak ukraińska ciężarówka na S3. I to wszystko w czasie, gdy Rosja pyta sama siebie: „Czy Polska już wystarczająco osłabła, by się za nią zabrać?”.
STRATEGIA: JAK NIE POMAGAĆ, A SIĘ NIE PRZYZNAĆ
Władimir Putin mógłby być spokojny. Polska polityka wobec Ukrainy to majstersztyk asekuracji. Najpierw entuzjazm, potem zniecierpliwienie, a teraz klasyczna faza „żeby tylko nie było gorzej”. Pomagamy, owszem. Ale z coraz większym westchnieniem, coraz mniejszym przelewem i coraz dłuższym wywodem historycznym. Że UPA, że Szuchewycz, że Klaczkiwski – słusznie, merytorycznie, tylko… czy my przypadkiem nie robimy tego akurat w momencie, kiedy Ukraina potrzebuje nas najbardziej, a Rosja śmieje się w kułak?
Problem polega na tym, że polityka zagraniczna stała się zakładnikiem wewnętrznej polaryzacji. Jeśli ktoś z rządu mówi: „Pomagajmy Ukrainie”, to opozycja odpowiada: „Sprzedaliście kraj banderowcom”. Jeśli ktoś krzyczy: „Nie porzucajmy Kijowa!”, to w odpowiedzi słyszy: „A nasze dzieci to kto będzie leczył, Zełenski?!”.
W efekcie, zamiast prowadzić strategię na miarę Piłsudskiego, prowadzimy politykę na miarę „Familiady”: dużo uśmiechów, zero punktów i wieczna nadzieja, że może ktoś wreszcie powie „burak” zamiast „ziemniak”.
NFZ – NARODOWY FUNDUSZ ZATYCZEK
Skoro już o dzieciach i leczeniu mowa – przejdźmy do tematu zdrowia. Tu również Polska świeci przykładem. Ale nie takim, który warto pokazywać. Raczej takim, który wystawia się za szybą jako ostrzeżenie: „Tak wygląda system, który miał być darmowy, sprawiedliwy i nowoczesny, a wyszedł drożej niż sushi w Sejmie i bardziej zagmatwany niż PIT-37”.
Narodowy Fundusz Zdrowia działa dziś jak bankomat bez gotówki. Albo raczej jak świąteczny karp w wannie – wszyscy wiedzą, że coś się zbliża, ale nikt nie chce się tym zająć. Dyrektorzy szpitali już zapowiadają, że będą „leczyć do października”, a potem… potem to już tylko umowy zerowe, czyli leczenie na zasadzie „jak się uda, to się uda”.
Długi rosną jak grzyby po deszczu. 6 miliardów złotych to zaległości z poprzednich lat. 15 miliardów to strata z samego 2024 roku. A plan NFZ? Nadal bez podpisu ministra finansów. To trochę tak, jakby próbować grać w Monopoly bez planszy i z kartami do Uno.
Pielęgniarki zarabiają 10 tysięcy na rękę. Lekarze – 23 tysiące na kontrakcie, i to nie na jednym. W międzyczasie przychodnie są zamykane, kolejki rosną, a pacjenci umierają szybciej niż system jest w stanie wystawić skierowanie.
UKRAIŃCY – GOŚCIE, KTÓRZY MIELI NIE ZOSTAĆ NA OBIAD
Ukraińcy mieli być wdzięczni. Mieli wyjechać. Mieli nie zajmować miejsca w kolejce do ortopedy. A tymczasem… zostali. Pracują. Rodzą dzieci. Głosują. A niektórym Polakom od tego odbija.
Spada sympatia do Polski wśród Ukraińców: z 83 proc. w 2022 r. do 41 proc. w 2025 r. Wzrosła za to niechęć. O 1000 proc. Brzmi dramatycznie? Bo jest. Ale to nie ich wina. To my, Polacy, staliśmy się jak gospodarz wesela, który w połowie imprezy przypomniał sobie, że teściowa ma inne zdanie polityczne i zaczął ją wyganiać z sali.
W dodatku nasz brak strategii sprawia, że Ukraina, zamiast traktować Polskę jako filar bezpieczeństwa, zaczyna flirtować z innymi – Niemcami, Francją, Skandynawią. A my zostajemy z rosnącym niezadowoleniem własnego elektoratu, który nie może się dostać do endokrynologa, ale może obejrzeć jak rolnicy blokują granicę.
WNIOSKI DLA DEBILA (BO KTOŚ MUSI ZROZUMIEĆ)
Żeby było jasne – nikt nie oczekuje od przeciętnego Polaka, że zrozumie meandry geopolityki, ekonomii i systemów opieki zdrowotnej. Ale warto byłoby przynajmniej zrozumieć, że:
- Ukraina w NATO = Rosja dalej od Polski.
- Ukraina w UE = polski biznes ma tam fory.
- Zły klimat wobec Ukraińców = zły klimat w interesach.
- NFZ bez pieniędzy = nie ma kto cię wyleczyć, nawet z kaca po wyborach.
A jak nie pomożemy Ukrainie, to nie tylko stracimy twarz na arenie międzynarodowej, ale też dołożymy się do rachunku za wojnę. I to nie w euro, ale w życiu, wolności i kredycie hipotecznym.
NA KONIEC – JAK TO WYGLĄDA Z KOSMOSU
Wyobraźmy sobie, że jakiś Marsjanin śledzi naszą politykę. Widzi kraj z 200 miliardowym systemem zdrowia, który dogorywa. Widzi sąsiada w wojnie egzystencjalnej, któremu nie pomagamy, bo w 1943 r. był zły. Widzi polityków, którzy nie mają strategii, bo plany mają tylko na dwa tygodnie do przodu.
I wiecie co ten Marsjanin myśli?
„Nie atakujcie ich – sami się załatwią.”
Puenta?
Polska to nie tylko kraj, który może być mądry po szkodzie. To kraj, który potrafi być ironiczny w trakcie szkodzenia. A czasem nawet… zabawny. O ile wcześniej nie umrze w kolejce do onkologa.


Dodaj komentarz