TRUMPOLIS. PÓŁ ROKU W KRAINIE PŁONĄCYCH CYGAR I RYZYKA SYSTEMOWEGO

Warszawa

Ach, Ameryka. Kraina wolności, hamburgerów i codziennego rollercoastera na Wall Street, gdzie jedno westchnięcie Donalda Trumpa potrafi podnieść indeksy o 3% lub zepchnąć je w otchłań recesji. Minęło raptem pół roku drugiej kadencji tego złotowłosego Mesjasza Apokalipsy, a świat już zdążył przeżyć dwa kryzysy egzystencjalne, trzy geopolityczne i jeden odcinek specjalny pod tytułem „Wojna celna 2: Zemsta na sojusznikach”.

Jedyny plus tej kadencji to fakt, że Europa wreszcie przypomniała sobie, że NATO to nie klub literacki, tylko coś, co może się przydać, kiedy ktoś (czytaj: Władimir) znów postanowi przetestować zasięg czołgów. I za to dziękujemy, panie Trump – chociaż nie jesteśmy pewni, czy to była intencja, czy tylko efekt uboczny niezbyt przemyślanego tweetowania o „bezużytecznych Europejczykach”.

Druga kadencja Trumpa dołączyła do pocztu największych plag XXI wieku. Po Lehman Brothers, greckich obligacjach i COVID-zie przyszedł czas na Trumpa Reloaded. Jakby ktoś jeszcze miał złudzenia, że to tylko reality show z Białego Domu – przypominamy: ten pan ma kody do arsenału nuklearnego i wyjątkowo paskudną obsesję na punkcie Kanady.

Tymczasem giełda szaleje z radości – jak nastolatek, który dostał kluczyki do Tesli i jeszcze nie zauważył, że bak pusty. Hubert Kozieł słusznie przestrzega: ten euforyczny optymizm może się szybko skończyć, gdy Trump znów przypomni sobie, że Chiny, Niemcy czy Meksyk „zawsze coś kombinują”. Albo, że Kanada ma zbyt atrakcyjne drewno. A wtedy – bum! Cła, sankcje, tweety w środku nocy i paniczna wyprzedaż akcji, jak w promocji na Black Friday.

Ale nie bądźmy niesprawiedliwi. Donald to przecież nie tylko geopolityczny flamaster w rękach przedszkolaka. To także wizjoner nowej Ameryki – tej, która nie potrzebuje przyjaciół, bo ma „great deals”, nie wierzy w klimat, bo „zimno było dziś rano”, i nie ufa sądom, bo niektóre z nich odważyły się powiedzieć „nie”.

I choć z Polski wygląda to jak show komediowy dla dorosłych (z gatunku tych, co to śmiejesz się przez łzy), nie zapominajmy – każda epoka ma swojego błazna, który przypadkiem został królem. Tak było w Bizancjum, tak jest w Waszyngtonie.

A teraz najważniejsze: 1 sierpnia zbliża się szybciej niż deadline na rozliczenie VAT-u. Nie wiemy jeszcze, kto oberwie – może Niemcy, może Japonia, może Samoa Amerykańskie za zbyt słodkie ananasy. Ale jedno wiemy na pewno: Trump się przypomni. A Wall Street jeszcze się zdziwi, kiedy zamiast ciastka z wisienką dostanie ciastko z gwoździem.

Na razie więc cieszmy się tym, co mamy. Giełdą, która nie wie, co ją czeka. Europą, która znów kupuje czołgi. I Ameryką, która… no cóż, jest inaczej wielka niż zwykle.


PS: A propos wieści z Polski – kryzys w koalicji, cholera w kraju, ustrój cofnięty do XIX wieku. Czyżbyśmy też mieli swojego Trumpa, tylko w wersji „premium cebula”?


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights