SZCZĘŚLIWY JAK TRAGICZNA SAŁATA – O ŻYCIU W CZASACH AFIRMACJI, TRAUMY I INNYCH ATRAKCJI

Warszawa

Nie wiem, kiedy to się stało, ale mam wrażenie, że przestaliśmy żyć, a zaczęliśmy się „rozwijać”. Życie już nie polega na tym, żeby po prostu je przeżyć, tylko żeby stać się lepszą wersją siebie – najlepiej jeszcze przed śniadaniem. Nawet smutek trzeba mieć funkcjonalny, z konkretnym celem i strategią radzenia sobie. I obowiązkowo opublikować o tym stories z filtrem „melancholia sepiowa” i cytatem z Nietzschego (byle nie za trudnym).

Tkwimy po uszy w erze, gdzie afirmacje mają moc trzymania naszego kręgosłupa psychicznego w pionie, trochę jak szynka konserwowa trzymająca kształt po otwarciu puszki. Szeptamy do lustra: „Jestem wystarczający”, chociaż ledwo trzymamy się na nogach i właśnie rozlaliśmy kawę na czyste spodnie. A kiedy to nie działa – co jest, o dziwo, częstsze niż by się chciało – uznajemy, że to nasza wina. Bo przecież afirmacje nie kłamią, prawda? To znaczy, kłamią. Ale z uśmiechem. I pastelową czcionką.

Zresztą dziś wszystko ma uśmiechać się do ciebie jak stewardesa z lat 90. – od reklamy ubezpieczenia po twojego menedżera, który właśnie zarządził „poniedziałkową medytację wdzięczności” tuż po ogłoszeniu redukcji etatów. W wersji luks: z muzyką relaksacyjną i aromatem waniliowego gaszenia pożarów.

To się teraz nazywa psychowashing. Takie korporacyjne przedszkole dla dorosłych, tylko zamiast soczku jest cold brew, a zamiast leżakowania masz coaching o 13:15. Niby troska, ale tak naprawdę – bardzo ładnie opakowane „zasuwaj dalej, tylko z uśmiechem”. Jak chomik w kołowrotku, tylko w wersji premium, z benefitami i owocowymi wtorkami. Plus newsletter z inspirującym cytatem Churchilla, którego nikt nie przeczytał.

I jeszcze ten nowy trend: trauma. Każdy coś „przepracowuje”. Każdy coś „przenosi z dzieciństwa”. Słowo „trauma” weszło do codziennego obiegu tak gładko, jak awokado do śniadaniowego tosta. Tylko że z czasem przestaliśmy rozróżniać: czy to trauma, czy po prostu życie? Czy to wypalenie, czy tylko poniedziałek? Czy może wystarczy zjeść czekoladę i pójść spać, zamiast diagnozować się z pomocą memów?

Dziś nawet z rozmową trzeba uważać – ktoś ci powie, że czuje się źle, a ty próbujesz pocieszyć… i nagle słyszysz: „Twoja empatia jest powierzchowna”. Tak, teraz oceniana jest nie tylko treść tego, co mówisz, ale też jej ton, głębokość, konsystencja i faktura emocjonalna. Sztuczna inteligencja też się nauczyła tego zabiegu – niby mówi miło, ale jednak czujesz, że to nie człowiek, tylko dobrze zaprogramowany manekin z IKEA. Taki z działu „Empatia Light – 0 kalorii, 100% performansu”.

I tak sobie dryfujemy w tej rzeczywistości pełnej miękkich słów i twardych oczekiwań. Gdzie „musisz dbać o siebie” oznacza też: musisz się uśmiechać, musisz być zmotywowany, musisz nad sobą pracować, musisz zrozumieć swoje wzorce, musisz kochać swoje wewnętrzne dziecko – a najlepiej zrób to wszystko w niedzielę wieczorem, bo w poniedziałek masz znowu deliverable. I nie zapomnij się nawodnić.

A może… może po prostu nic nie musisz? Może czasem można nie mieć planu na życie i dalej być wartościową jednostką? Może najuczciwiej byłoby spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „nie wiem, co robię – i to jest okej”? Ewentualnie westchnąć i obejrzeć serial, który już się raz widziało – dla komfortu i braku niespodzianek.

Bo prawda jest taka, że życie to nie warsztat. Nie jesteśmy wiecznie otwartym projektem. Jesteśmy raczej jak niedzielna zupa – czasem wychodzi za słona, czasem się przypali, czasem nikt nie przyjdzie na obiad, ale zawsze jest w tym coś swojskiego. I nikt nie wiesza na niej etykiety z poziomem traumy. Po prostu zupa.

Więc może zamiast ciągle udawać, że jesteśmy „w procesie stawania się sobą”, wystarczy… po prostu być? Z pełnym dostępem do smutku. Bez coachingu. Bez cold brew. I bez owocowych wtorków. Może być zwykły czwartek. Albo nawet poniedziałek – jeśli nie ma innego wyjścia.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights