


W południe w sobotę Polska wygląda jak wielki parking pod supermarketem. Ludzie pchają wózki, jakby od tego zależało bezpieczeństwo państwa, dzieci negocjują czekoladę jak traktaty międzynarodowe, a gdzieś między jajkami, majonezem i niepokojem o ceny człowiek próbuje jeszcze wierzyć, że to wszystko ma jakiś porządek.
Przed świętami zawsze jest ten moment zbiorowej mobilizacji. Naród się organizuje. Każdy ma swoją listę, swój plan, swoją logikę. Jest sens, jest cel, jest kolejność.
A potem wraca się do domu, włącza wiadomości i odkrywa, że jedynym miejscem bez planu jest państwo.
Bo oto prezydent podpisuje ustawę o obniżce cen paliw, jakby podpis był magicznym zaklęciem, które sprawia, że ropa tanieje z wdzięczności. To jest polityka w wersji „Ctrl+C, Ctrl+V”: ktoś gdzieś kiedyś powiedział, że można coś obniżyć, więc my też obniżymy, tylko szybciej, głośniej i najlepiej w samolocie.
I w tym samym czasie ten sam prezydent traktuje konstytucję jak terminarz – ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego poczeka, aż pan prezydent wróci z Ameryki. Bo obowiązki konstytucyjne najwyraźniej mają datę ważności uzależnioną od lotów międzykontynentalnych.
Ale prawdziwy spektakl zaczyna się gdzie indziej. W wojsku.
Wyobraźmy sobie na chwilę, że ktoś w sobotni poranek wpada do supermarketu i zaczyna wydawać polecenia pracownikom. Nie jest kierownikiem, nie zna procedur, nie odpowiada za kasę, ale za to ma poczucie misji i donośny głos. I mówi: „proszę natychmiast przeorganizować dział warzywny, bo ja tak uważam”.
To mniej więcej ten poziom elegancji, z jakim Pałac Prezydencki postanowił „rozmawiać” z generałami.
Karol Nawrocki wzywa dowódców, omijając ministra obrony, jakby struktura państwa była sugestią, a nie zasadą. Generałowie, biedni, doświadczeni ludzie, którzy wiedzą, że wojna nie polega na tweetach, zaczynają się rozglądać, czy to jeszcze system dowodzenia, czy już casting do nowego reality show pod tytułem „Kto tu właściwie rządzi”.
Bo w państwie istnieje pewna prosta zasada: wojsko w czasie pokoju podlega rządowi. Prezydent jest zwierzchnikiem, ale działa w porozumieniu. To nie jest koncert życzeń, to jest konstytucja.
Tymczasem mamy sytuację, w której ktoś postanawia zbudować sobie własne, prywatne ministerstwo obrony – takie MON-bis, zrobione z ambicji, kompleksów i potrzeby pokazania, że „ja też mogę”.
I tutaj na scenę wchodzi postać szczególna. Sławomir Cenckiewicz.
Człowiek, który w normalnym państwie byłby przypisem w książce historycznej, a w tym państwie próbuje być narracją. Szef BBN, który nie ma aktualnego poświadczenia bezpieczeństwa, ale ma za to coś znacznie ważniejszego: przekonanie, że wie lepiej.
Wyobraźmy sobie chirurga bez prawa wykonywania zawodu, który wchodzi na salę operacyjną i zaczyna instruować zespół. „Ja tu poczytałem, ja tu wiem, proszę ciąć bardziej zdecydowanie”.
To jest dokładnie ten poziom absurdu.
Cenckiewicz siedzi przy stole z generałami, rozmawia o kierunkach rozwoju armii, o strategii, o bezpieczeństwie państwa, a gdzieś w tle słychać cichy głos zdrowego rozsądku: „czy ktoś tu w ogóle sprawdził, kto ma do czego uprawnienia?”.
Ale zdrowy rozsądek w tej historii jest jak klient bez koszyka – niby jest, ale nikt go nie obsługuje.
Bo tu nie chodzi o bezpieczeństwo. Tu chodzi o demonstrację. O pokaz siły. O polityczne przeciąganie wojska jak liny na festynie. O to, żeby generałowie stali się tłem do zdjęcia, a nie podmiotem decyzji.
A generałowie, jak to generałowie, wiedzą jedno: prawdziwe wojny nie zaczynają się od konferencji prasowych, tylko od chaosu.
I właśnie ten chaos zaczyna się wlewać do instytucji.
Tymczasem Donald Tusk chodzi po tym wszystkim jak ktoś, kto próbuje utrzymać porządek w domu, w którym jeden z domowników postanowił przenieść kuchnię do salonu, bo tak mu wyszło w sondażach. Tusk mówi spokojnie, czasem ironicznie, czasem z tym swoim półuśmiechem człowieka, który widział już wszystko i jeszcze trochę.
I to jest może największy paradoks tej sytuacji: że powaga państwa spoczywa dziś na barkach ludzi, którzy muszą nieustannie sprzątać po tych, którzy traktują państwo jak scenę.
A gdzieś obok, jak zawsze, pojawia się echo wielkiej inspiracji – Donald Trump i jego szkoła polityki przez krzyk, przez gest, przez obrażanie dziennikarzy i udawanie, że to jest siła.
Nawrocki kopiuje to z zapałem ucznia, który nie rozumie zadania, ale bardzo chce dostać ocenę. Tylko że kopia zawsze jest gorsza od oryginału, a w tym przypadku jest jeszcze bardziej niebezpieczna, bo dzieje się w kraju, który naprawdę nie może sobie pozwolić na eksperymenty.
I kiedy tak stoję w kolejce do kasy, patrzę na ludzi z pełnymi koszykami, na ten ich wysiłek, organizację, rozsądek, to myślę sobie, że Polska jest krajem dwóch światów.
W jednym ludzie planują święta z dokładnością do listy zakupów.
W drugim ktoś planuje państwo jak spontaniczną wizytę u generałów.
I różnica między tymi światami jest taka, że w pierwszym, jeśli czegoś zabraknie, to najwyżej nie będzie majonezu.
W drugim, jeśli zabraknie rozumu, to nie będzie już czego zbierać.
A Karol Nawrocki wygląda dziś jak człowiek, który dostał do ręki państwo i uznał, że to zabawka – tylko że to jest taka zabawka, która ma w środku wojsko, konstytucję i 38 milionów ludzi.
I bawi się nią z zapałem dziecka, które jeszcze nie rozumie, że jak się coś zepsuje, to tego już nie da się przykleić taśmą.

Dodaj komentarz