


Jeśli sąd najwyższy był sceną dramatu, to PZU jest sitcomem, w którym wszyscy udają, że mają coś do powiedzenia, a scenariusz pisze lobby ubezpieczeniowe z domieszką chłopskiej fantazji. Oto bowiem, w cieniu krzyczących sędziów, trwa znacznie cichsze – ale równie spektakularne – przejmowanie państwowej spółki przez ludzi, którzy mają tyle wspólnego z ubezpieczeniami, co Zenek Martyniuk z jazzem eksperymentalnym.
KOLEJKA DO KORYTA: BIZNESMENI, LOKALNI BARONOWIE I TKM CLASSIC
Obecny konflikt w PZU nie wygląda jak debata zarządu – bardziej jak casting do reality show pt. „Zostań prezesem, bo masz znajomego senatora”. Nowy rząd jeszcze nie zdążył dobrze otworzyć laptopów, a już do drzwi walą watahy ludzi z listą „do obsadzenia” – dyrektorzy, członkowie rad nadzorczych, kuzyni działaczy, a także legendarni „eksperci” od wszystkiego i niczego.
Nieoficjalne listy kandydatów do zarządów PZU i jego spółek-córek przypominają kartkę z totolotka wypisaną przez radnego PSL w przypływie natchnienia. Nagle okazuje się, że ludzie zawiązani z poprzednim układem – bo przecież PSL jak zwykle był z każdym – znów mają szansę na posady. Jakby ktoś otworzył okno, przez które do środka znów wlatuje ten sam zapach prowizorycznej przyzwoitości.
OBROTY KOALICYJNE, CZYLI JAK PSZCZÓŁKA WRACA DO MIODU
Kosiniak-Kamysz, wiecznie uśmiechnięty mistrz „równowagi”, udaje, że nie widzi. Ale wie. Wie, że jego ludzie czują krew – a PZU to przecież spółka z miliardami złotych, setkami stanowisk i tysiącem okazji do „efektywnej współpracy”. PSL od zawsze miał dar do wchodzenia w każdą władzę jak łyżka do zupy – cicho, gładko i zawsze zostając na dnie.
Ktoś kiedyś powiedział, że PSL jest jak wirus komputerowy – nie widać go, ale działa w tle, optymalizując system na własne potrzeby. I właśnie teraz ten system się aktualizuje.
SZAŁ MINISTRA OD SPÓŁEK, CZYLI KIEDY RĘCE OPADAJĄ, A WAZELINA NIE DZIAŁA
Na te tańce z nominacjami zareagował w końcu minister aktywów państwowych – czyli człowiek, który odpowiada za spółki Skarbu Państwa, a więc także za PZU. I nie był to uśmiechnięty komunikat z ministerialnej drukarki, tylko wściekłość tak autentyczna, że aż zadzwoniły filiżanki w gabinecie.
Minister Balczun przekazał, że nie pozwoli, by polityczne klany przekształciły państwowe molochy w folwarki dla swoich ludzi. Zapowiedział twarde kryteria, przejrzystość, konkursy i koniec z obsadzaniem stanowisk „bo ktoś zna kogoś z centrali”. W kuluarach mówi się, że miał rzucić nawet słowem na „k” – i nie chodziło o „konkurs”. Jeśli ktoś liczył na bezkarne powroty starych układów przez okno, to właśnie dostał nimi w nos.
Czy to wystarczy? Nie wiadomo. Ale jedno jest pewne – w tym odcinku sitcomu pojawiła się wreszcie postać, która przynajmniej udaje, że wie, gdzie jest kamera.
ZIOBRO: CZŁOWIEK-BEZPIECZNIK NA WYCIECZCE
Tymczasem Zbigniew „Ja kontra świat” Ziobro odbywa tournee medialne w stylu „Z archiwum X” – zniknął, a teraz powraca jako samozwańczy uchodźca polityczny. Straszy Brukselą, oskarża Tuska o wszystko, co się rusza, i ogłasza, że będzie walczył do końca. Niestety, nie doprecyzował, czy chodzi o koniec demokracji, logiki czy jego własnego politycznego znaczenia. Teraz ponoć jest w Brukseli. Podróżuje z Budapesztu, bo nie odebrano mu jeszcze paszportu i nie ma nakazu aresztowania.
To ten sam Ziobro, który przez osiem lat betonował sądy jakby budował schron przeciwatomowy z ego i dykty, a teraz mówi o „wolnych mediach” i „nadużyciach władzy”. Jego obecna strategia przypomina ruchy szachowe gracza, który nie wie, że gra w chińczyka.
TRUMP, CZYLI JAK WYGLĄDA DEMOKRACJA NA STEROIDACH
Ale to wciąż nie koniec tego cyrku. Trump, w przerwie między przemówieniem o wielkości Ameryki a uderzaniem w mikrofon, zdążył jeszcze rzucić kilka groźnych grymasów w stronę Wenezueli. Grozi reżimowi Maduro „ostrymi konsekwencjami”, jeżeli kraj ten będzie kontynuował współpracę energetyczną z Rosją – tak jakby sam Trump właśnie nie odkręcał zaworu z rosyjską ropą na własnym podwórku. Hipokryzja? Raczej podwójny standard na kółkach, w wersji premium.
To nie polityka – to gra komputerowa z DLC „Dyktator Edition”, w której Trump myli geopolitykę z handlem wymiennym. W skrócie: ropa za głosy.
PUTIN Z MODIM, CZYLI KREML W DOSTAWIE NA TELEFON
W międzyczasie Władimir „Zawsze w formie” Putin spaceruje po Delhi jak kurier z nuklearnym plecakiem. Spotyka się z Modim, licząc na to, że Indie uratują mu resztki twarzy na arenie międzynarodowej. Sprzedaje rubla, gaz, ropę, moralność i cokolwiek jeszcze zostało w magazynach z tyłu Kremla.
Moskwa mówi o nowym sojuszu strategicznym, ale wygląda to raczej jak desperacka próba udowodnienia, że Rosja nie jest globalnym trupem. Szkoda tylko, że nawet Indie robią sobie z tego spotkania zdjęcia bardziej dla zasady niż dla interesów. Putin wygląda na zmęczonego – jakby sam nie wierzył już w to, co mówi.
A W POLSCE? NADZIEJA WCIĄŻ W LUDZIACH
Na szczęście w Polsce nadal są Żurek, Tusk i Sikorski – nie dlatego, że są idealni, ale dlatego, że ich przeciwnicy to karykatury własnych karykatur. Liberałowie i demokraci próbują posprzątać po demolce, przywrócić sens procedurom i wyczyścić system z pasibrzuchów w garniturach, którzy do polityki przyszli jak do baru mlecznego – z własnym słoikiem.
Ale trzeba patrzeć im na ręce – również tym z KO, bo historia uczy, że władza bez nadzoru to rak z dostępem do cateringu.
I dlatego piszę, komentuję, punktuję. Bo śmiech śmiechem, ale ktoś musi jeszcze trzymać długopis w tej republikańskiej katastrofie.


Dodaj komentarz