
Karol Nawrocki znów zawetował ustawę o rynku kryptoaktywów. Po raz trzeci. Trzeci!
W normalnym świecie człowiek dwa razy sprawdza, czy wyłączył żelazko. Karol Nawrocki trzy razy wetuje niemal tę samą ustawę.
I właśnie dlatego zaczynam podejrzewać, że nie obserwujemy już procesu legislacyjnego. Obserwujemy performance art. Wielką instalację współczesną. Coś pomiędzy teatrem absurdu, escape roomem i rekonstrukcją bitwy pod Grunwaldem przeprowadzoną przez ludzi, którzy zgubili mapę.
Bo jak inaczej zrozumieć sytuację, w której prezydent przez wiele miesięcy tłumaczy, że nie jest przeciwnikiem regulacji rynku kryptowalut, po czym z heroiczną konsekwencją blokuje regulację rynku kryptowalut?
To trochę tak, jakby strażak ogłosił, że jest wielkim zwolennikiem gaszenia pożarów, ale za każdym razem, gdy ktoś przynosi mu wąż strażacki, zaczyna tłumaczyć, że kolor jest niewłaściwy. Albo że długość jest nieodpowiednia. Albo że ciśnienie budzi jego głęboki konstytucyjny niepokój.
Przy trzecim wecie przestaje być ważne samo weto. Zaczyna być ważne pytanie: dlaczego?
Polska od miesięcy próbuje wdrożyć unijne regulacje MiCA, które mają uporządkować rynek kryptoaktywów i dać Komisji Nadzoru Finansowego realne narzędzia kontroli. Kolejne wersje ustawy wracają do Pałacu Prezydenckiego niczym pechowy bumerang. Za każdym razem słyszymy podobne argumenty o nadregulacji, wolności gospodarczej i konieczności ochrony przedsiębiorców.
Z każdym kolejnym wetem argumentacja zaczyna przypominać serial, który dawno powinien zakończyć się w drugim sezonie, ale producenci ciągną go do sezonu dziewiątego, bo oglądalność jeszcze jakoś zipie. Tym bardziej że sam Nawrocki złożył własny projekt ustawy o kryptoaktywach, a analizy wskazywały, że był on w dużej mierze zbliżony do projektu rządowego.
I tutaj robi się naprawdę pięknie. Wyobraźmy sobie człowieka, który podchodzi do restauracyjnego stolika. Patrzy na talerz. Mówi:
— Nie zjem tego.
Kelner pyta:
— Dlaczego?
— Bo jest źle przygotowane.
— A jak powinno być przygotowane?
— Tak samo, tylko przeze mnie.
To już nie jest polityka. To jest psychologia stosowana. W dodatku bardzo kosztowna psychologia.
Od wielu miesięcy urzędnicy, eksperci rynku finansowego i część branży alarmują, że brak regulacji oznacza chaos prawny, problemy z wdrożeniem europejskich przepisów oraz ryzyko utraty konkurencyjności przez polskie firmy, ale Karol Nawrocki zdaje się funkcjonować w osobnym wymiarze rzeczywistości.
To fascynująca postać. Człowiek, który objął urząd prezydenta i od pierwszego dnia zachowuje się tak, jakby jego głównym celem było udowodnienie, że jest jednocześnie premierem, marszałkiem Sejmu, przewodniczącym KNF, komentatorem giełdowym i kierownikiem budowy.
Nie wystarcza mu powiedzieć „nie”. On musi powiedzieć „nie”, a następnie dostarczyć własne „tak”. I to najlepiej takie, które wygląda niemal identycznie.
Przypomina trochę dziecko, które obraziło się na klocki Lego, bo nie pozwolono mu postawić ostatniego klocka. Dom może stać. Mieszkańcy mogą się wprowadzać. Architekt może być zadowolony. Ale nie, nie będzie domu, bo ostatni klocek miał postawić Karol.
W całej tej historii najbardziej rozczulająca jest jednak troska prezydenta o wolność. To słowo pojawia się nieustannie. Wolność przedsiębiorców. Wolność rynku. Wolność innowacji. Wolność od nadzoru. Wolność od regulacji. Politycy uwielbiają słowo „wolność”, ponieważ można nim przykryć niemal wszystko. To polityczny odpowiednik folii stretch. Można nią owinąć dowolny przedmiot. Pytanie tylko, czy pod tą folią znajduje się rower, lodówka czy może martwy hipopotam.
Donald Tusk, komentując trzecie weto, napisał, że prezydent jest „chyba bardziej uwikłany, niż wszyscy myśleli”. To zdanie wywołało polityczną burzę. Ale nawet bez takich sugestii pozostaje pytanie znacznie ciekawsze od wszelkich teorii spiskowych.
Co właściwie Nawrocki próbuje osiągnąć? Bo jeśli wierzyć jego słowom, chce regulacji. Jeśli wierzyć jego projektom, chce regulacji. Jeśli wierzyć jego poprawkom, chce regulacji. Jeśli wierzyć jego wetom, nie chce regulacji.
To już nie jest nawet sprzeczność. To jest stan skupienia. Polityczna fizyka kwantowa. Ustawa jest jednocześnie dobra i zła. Potrzebna i niepotrzebna. Do podpisania i do zawetowania.
Schrödinger miał kota. My mamy prezydenta. I być może właśnie w tym tkwi odpowiedź.
Karol Nawrocki coraz częściej sprawia wrażenie polityka, który nie buduje własnego programu, tylko własną odrębność. Nieważne, czy chodzi o kryptowaluty, podatki czy kolejne ustawy. Najważniejsze jest, aby nikt nie pomyślał, że zgodził się z rządem.
Nawet gdy zgadza się niemal w stu procentach. To polityka prowadzona według zasady starego osiedlowego awanturnika. Jeżeli sąsiad mówi, że pada deszcz, trzeba wyjrzeć przez okno i zaprzeczyć. Jeżeli sąsiad pokaże mokrą kurtkę, trzeba zakwestionować definicję kurtki. Jeżeli sąsiad pokaże kałużę, należy powołać komisję do spraw weryfikacji opadów. A jeśli mimo wszystko wszyscy widzą deszcz, pozostaje zawetować pogodę.
I właśnie dlatego obserwowanie Karola Nawrockiego przypomina oglądanie człowieka, który usiłuje wygrać mecz szachowy przez ciągłe przewracanie szachownicy. Przez chwilę robi wrażenie. Potem wszyscy zaczynają się zastanawiać, czy on w ogóle zna zasady gry, a na końcu zostaje już tylko stół, rozsypane figury i coraz bardziej niepokojące pytanie:
czy chodzi jeszcze o szachy, czy już wyłącznie o przewracanie?

Dodaj komentarz