
Naród odetchnął – Rada Polityki Pieniężnej znów obniżyła stopy procentowe. O 25 punktów bazowych mniej, czyli już prawie można oddychać kredytem bez respiratora. Stopa referencyjna spada do 4,25 procent, a Adam Glapiński po raz kolejny wychodzi na mównicę jak dyrygent orkiestry, który myli koncert Chopina z remiksem disco polo.
Prezes NBP, wiecznie zaskoczony rzeczywistością, z powagą oświadcza, że to „efekt jego konsekwentnej polityki”. Oczywiście konsekwentnej w jednym: żeby nigdy nic nie było jego winą. Inflacja spadła, bo Tusk i jego rząd zamrozili ceny energii, uporządkowali finanse i wreszcie przestali drukować złotówki jak bilety na koncert Zenka. Ale kto stoi przed kamerą z miną proroka po objawieniu? Oczywiście Glapiński – człowiek, który w czasach inflacji tłumaczył, że „ceny rosną, bo ludzie mają za dużo pieniędzy”.
Teraz, gdy ceny wreszcie przestały szaleć, a inflacja bazowa zjechała poniżej trzech procent, prezes NBP znowu ogłasza sukces, jakby to on sam zszedł z góry Synaj z tabliczką: „nie będziesz miał droższego kredytu nade mnie”.
Ekonomiści mówią wprost: stabilizacja cen to efekt działań rządu, nie Glapińskiego. Zamrożenie energii, kontrola wydatków i spokój w polityce – oto, co naprawdę zatrzymało wzrost inflacji. Gdyby nie te decyzje, prezes NBP dalej opowiadałby o „kotwiczeniu oczekiwań” i „cyklu dostosowań”, podczas gdy Polacy kotwiczyliby swoje portfele w kredytach na 40 lat.
Donald Tusk, wbrew narracji byłych „ekspertów z Nowogrodzkiej”, okazał się facetem, który nie tylko zna się na Unii, ale też rozumie, że rachunków nie płaci się sloganami. To jego rząd doprowadził do tego, że raty kredytów spadły średnio o 540 zł, a inflacja wróciła w granice celu. Glapiński zaś przypisuje sobie zasługi z tą samą gracją, z jaką złodziej roweru dziękuje właścicielowi za udaną przejażdżkę.
W międzyczasie banki biją rekordy zysków – 36 miliardów złotych netto w dziewięć miesięcy. Banki rosną jak na drożdżach, a kredytobiorcy nadal liczą każdy grosz. Prezes NBP mówi o „stabilnym systemie finansowym”, a Polacy widzą tylko stabilne oprocentowanie kart kredytowych.
Glapiński chwali się, że „banki są w świetnej kondycji”. Oczywiście, bo gdy stopy spadają powoli, a marże zostają te same, to zarabiają szybciej niż przedwojenne kamienice. Rząd Tuska chce teraz podnieść CIT dla sektora bankowego do 23 procent – i bardzo słusznie. Skoro banki zarabiają jak nigdy, to czas, by dołożyły się do społeczeństwa, które je finansuje.
A prezes NBP? Wciąż w swojej roli: raz profesor, raz kabareciarz. Z jednej strony mówi o niezależności banku centralnego, z drugiej – o „zielonych wyspach i kotwicach stabilności”, które brzmią jak tytuły książek o samorozwoju. Słuchać go, to jak oglądać pogodynkę, która co tydzień zapowiada burze, a potem dziwi się, że wyszło słońce.
Ale Polacy nie dają się już nabrać. Widzą, że to rząd Tuska naprawdę przywraca równowagę – ekonomiczną, polityczną i mentalną. Glapiński może dalej udawać, że steruje gospodarką, ale wszyscy wiemy, że to już autopilot. I to dobrze – wreszcie mniej turbulencji.
Podsumowując:
- Raty spadają, inflacja maleje,
- Banki zarabiają, ale zapłacą więcej,
- A Glapiński dalej gra pierwsze skrzypce w orkiestrze, której partyturę napisał Tusk.
Bo jak mawiał klasyk: lepiej mieć premiera z planem niż prezesa z fantazją.
Polska 2025: Tusk rządzi, Glapiński komentuje, a kredytobiorcy wreszcie śpią spokojnie.

Dodaj komentarz