
W sobotę świat znów poczuł się jak niechciany statysta w spektaklu politycznej groteski. Na Alasce spotkali się Donald Trump i Władimir Putin – duet, którego entuzjazm wobec siebie nawzajem przypominał coś pomiędzy starą przyjaźnią a wspólnym planem na reset układu sił. Nie podpisano żadnej umowy, nie ogłoszono rozejmu, ale uścisk dłoni, wspólna konferencja i koktajl z eufemizmów wystarczyły, by wywołać globalny zgrzyt zębami.
TRUMP: DYPLOMACJA W STYLU INSTAGRAM
Donald Trump – człowiek, który wierzy, że „wszystko da się załatwić dealem” – znów pokazał, że jego pojęcie polityki międzynarodowej kończy się tam, gdzie kończy się jego ego. Po trzygodzinnej rozmowie z Putinem i dwunastominutowej konferencji prasowej, z zadowoleniem ogłosił, że „osiągnięto znaczny postęp”. Nie sprecyzował w czym – może w rozbrajaniu Zachodu z resztek iluzji, może w uwiarygodnianiu ludobójców. Stwierdził, że „zawsze miał fantastyczne stosunki z Putinem” i że „prezydent Rosji chce tego samego, co on: żeby już nie ginęli ludzie”. Oczywiście – bo Putin to przecież znany pacyfista z czołgiem i S-400 w każdym bucie.
Trump przypomniał światu, że jego ulubioną metodą rozwiązywania konfliktów jest podziwianie sprawcy. I tak jak wcześniej uśmiechał się do Kim Dzong Una, teraz poklepywał po plecach Putina, jakby ten właśnie wręczył mu medal za odwagę, a nie bombardował ukraińskie miasta.
PUTIN: NIC NIE DAŁ, A DOSTAŁ WSZYSTKO
Rosyjski prezydent, znany z umiejętności grania na czas i rozbijania Zachodu od środka, w sobotę odegrał koncertowo rolę lidera „otwartego na współpracę”. Mówił o „potrzebie odbudowy równowagi bezpieczeństwa w Europie” – co po przetłumaczeniu z języka imperialistycznych zakamuflowanych komunikatów znaczy: „chcemy z powrotem nasze strefy wpływów, dziękujemy”. Dodał też, że liczy, iż porozumienie nie zostanie odebrane jako prowokacja – czyli, drogi Kijowie i Europo, jeśli was to urazi, to tylko wasz problem.
Jeszcze perła: „Nasze partnerstwo ma ogromny potencjał”. Partnerstwo Rosji z USA? A może raczej z Trumpem – bo jak wiadomo, nie każdy pajac z czerwonym krawatem reprezentuje swój kraj, a niektórzy po prostu reprezentują własny interes i niezrozumiałe ciągoty do despotów.
W TYM CZASIE NA UKRAINIE: BOMBY I RZECZYWISTOŚĆ
Podczas gdy dwóch panów urządzało polityczne karaoke w luksusowych kulisach, Ukraina znów była pod ostrzałem. Tylko tej nocy Rosja wysłała 85 dronów i jeden pocisk balistyczny. Ukraina – jak zawsze – zestrzeliła, co mogła. Z raportów wynika, że 61 dronów zostało zniszczonych, ale trudno uznać to za sukces, kiedy każdy dzień wygląda jak próba generalna przed kolejną eskalacją.
Kijów otrzymał telefon od Białego Domu z zapewnieniami, że USA nie wycofuje się ze wsparcia, a potem telefon od Europy, że „zaraz coś razem ustalimy”. Niezły multitasking: z jednej strony Trump, który mówi „deal or no deal”, z drugiej – europejscy liderzy zebrani na pilnym spotkaniu, próbujący złożyć wspólne oświadczenie, zanim cała konstrukcja Zachodu zamieni się w festiwal partyzanckich decyzji.
EUROPA: GŁOŚNE MILCZENIE I ZIMNE POTY
Macron, Scholz, von der Leyen, Nawrocki i reszta – wszyscy stanęli do telekonferencji z Trumpem, a potem do kolejnej, już bez niego, ale z Tuskiem, żeby wspólnie przemyśleć, co właściwie wydarzyło się w sobotę. W odpowiedzi na teatralny pokaz Trumpa, zaczęto mówić o „gwarancjach bezpieczeństwa inspirowanych art. 5” – czyli bez NATO, ale trochę jakby z NATO. Próba politycznego origami, w którym papier jest cienki, a rysunki w instrukcji mają opisy po japońsku.
Bez formalnych zobowiązań każde takie zapewnienie wygląda bardziej jak list miłosny wysłany przez gołębia z urwaną nogą – dobrze, że się starają, ale efekt końcowy nie przekonuje nikogo poza nadawcą.
GIEŁDA, GENY, I SKACZĄCY PIES – DODATKI DO SOBOTNIEGO ABSURDU
W tle całej tej geopolitycznej szopki wydarzyło się kilka rzeczy, które w normalnym świecie byłyby tematami dnia. Na przykład: wyprzedaż na moskiewskiej giełdzie – inwestorzy nie są aż tak zachwyceni „partnerstwem” Putina i Trumpa, jakby się mogło wydawać. Czyżby kapitalizm jednak miał jakieś resztki wstydu?
A gdzieś daleko, w Indiach, pies ze służb ochrony kolei przeskoczył przez obręcz podczas obchodów Dnia Niepodległości. I nie, nie ironizuję – to było jedyne wydarzenie tego dnia, które miało sens, strukturę i zakończenie. Reszta świata biegała w kółko jak ludzie z wysokim IQ zamawiający dzieci przez startupy z Doliny Krzemowej.
PODSUMOWANIE: UROJONA NORMALNOŚĆ W TRZECH AKTACH
– Putin: Zyskał. Nic nie dał. Zdjęcia są. Cytaty są. Zmiana tonu w USA – też jest. Plus zaproszenie do Moskwy. Jakby ktoś jeszcze nie zrozumiał: Rosja nie musi już wygrywać militarnie, skoro Zachód sam pisze jej listy uwierzytelniające.
– Trump: Stracił. Nie tylko w oczach Europy i Kijowa, ale też w swojej własnej logice – jeśli jakakolwiek jeszcze istniała. Zignorował realia, odwrócił proporcje, i podpisał się pod ideą, że pokój to coś, co można wymusić, a nie wynegocjować.
– Ukraina: Nadal walczy. Nadal nie może liczyć na przewidywalność. Została wystawiona jako tło dla politycznych zapowiedzi, które nie zawierają instrukcji, kto ma na nich zyskać, a kto zapłaci rachunek.
– Europa: Gasi pożar, którego sama nie wywołała. Próbuje nie zatonąć w falach absurdu, które napierają z dwóch stron: z Moskwy i z Mar-a-Lago.
PUENTA DLA NIEWYSPANYCH I NIEWIERZĄCYCH
Jeśli pokój to tylko pusty slogan do zdjęć na czerwonym dywanie, a „postęp” oznacza jedno zdjęcie więcej z oprawcą, to sobota była sukcesem. Ale jeśli ktoś jeszcze wierzy, że porządek świata opiera się na zasadach, nie selfie – to był dzień smutny, absurdalny i głęboko niebezpieczny.
Niestety, najprawdziwszy obraz tego dnia stworzył skaczący pies z Indii – bo tylko on pokazał, że można coś zrobić z klasą, bez ofiar i z rzeczywistym celem.
Dajcie mu Pokojową Nagrodę Nobla. Reszcie odebrać dostęp do mikrofonów.

Dodaj komentarz