
Poniedziałek, rano, kawa jeszcze paruje, a w gazetach same rarytasy: rząd Tuska łata budżet, prezydent Nawrocki grozi wetem, a banki mdleją na giełdzie jak panna na wieść, że trzeba pracować. Polska finansowa opera mydlana w odcinkach – dziś: „Podatki kontra populizm”.
Donald Tusk i Andrzej Domański siedzą nad tabelkami, jak kucharze nad garnkiem bigosu: trzeba coś dorzucić, bo się przypali. Wpadli więc na pomysł – skoro kasa świeci pustkami, to sięgnijmy tam, gdzie i tak nikt nie zaprotestuje. Banki? Proszę bardzo – nikt nie płacze, że dywidenda mniejsza. Alkohol? Idealnie – wszyscy wiedzą, że szkodzi. Cukier? Cóż, może i życie osłodzi, ale podatkowo goryczka murowana. W skrócie: fiskus idzie w dietę od przyjemności.

Ekonomiści kręcą nosem, bo wiedzą, że jak podniesiesz cenę wódki, to naród zaraz znajdzie „alternatywne źródło zaopatrzenia” – prosto z bagażnika sąsiada. Banki zaś podniosą opłaty i klient zamiast 0 zł za konto, zapłaci 30 zł miesięcznie, czyli równowartość pół litra wódki. Spirytus i finanse zawsze idą w parze.
Na scenę wchodzi On – Karol Nawrocki, świeżo upieczony prezydent, kibic moralności i wielki obrońca narodu przed podwyżkami. Deklaruje: „Nie podpiszę żadnej ustawy podnoszącej podatki!” Widać, że lubi proste hasła – jak z transparentu na meczu. Problem w tym, że państwa nie da się prowadzić jak klubu kibica. Obniżki podatków i zerowy PIT dla rodzin? Brzmi pięknie – dopóki ktoś nie policzy, że budżet ma dziurę wielkości Stadionu Narodowego.
Nawrocki przypomina strażnika na stadionie, który wbiega na murawę, by zatrzymać mecz, bo ktoś śpiewa nie tę przyśpiewkę. W teorii broni zasad, w praktyce przeszkadza w grze. Gdy Tusk z Domańskim próbują zszyć budżet, on ciągle wyciąga nożyczki. To tak, jakby chirurg podczas operacji miał asystenta, który co chwila odłącza respirator, bo „za głośno buczy”.
Rząd Tuska jest więc jak rodzic próbujący zapłacić rachunki, a Nawrocki jak nastolatek, który krzyczy: „Nie obchodzi mnie, skąd weźmiesz pieniądze, tylko kup mi nowego iPhone’a!”. Z tym że w tej metaforze rachunki to armia, szpitale i energetyka, a iPhone to sondaże prezydenckie.

Do tego wszystkiego wraca Jacek Kapica – dawny pogromca jednorękich bandytów – niczym bohater westernu, który po latach znów dosiada konia. PiS próbował go zniszczyć, a teraz wraca, by z Londynu pilnować, żeby mafie hazardowe nie śmiały się w kułak. Ironia historii? Raczej czarny humor w wersji urzędniczej.
Na koniec warto zauważyć: Tusk i Domański przynajmniej grają w otwarte karty – mówią, że podatki pójdą w górę, bo trzeba ratować państwo. A Nawrocki? On gra w Monopoly, ale zamiast pieniędzy ma karteczki z napisem „weto”. Szkoda, że tym nie da się kupić ani czołgów, ani respiratorów. Co najwyżej można tym ozdobić szalik klubowy.
Polska budżetowa saga trwa. Jedno jest pewne: jeśli rząd sięgnie głębiej do naszych kieszeni, to i my sięgniemy głębiej do kieliszka. A wtedy akcyza zwróci się szybciej, niż prezydent zdąży krzyknąć: „Nie podpiszę!”.

Dodaj komentarz