Płaca minimalna, maksymalny burdel i państwo bez mózgu, czyli jak ustala się gospodarkę przy grillu

Warszawa

Lato. Niedziela. 32 stopnie w cieniu. Leniwie sączy się piwo, komary gryzą po kostkach, a politycy – jak komary, tylko bardziej toksyczni – znowu przypominają o swoim istnieniu. W tle słychać debatę o płacy minimalnej, ale nikt nie wie, co to dokładnie znaczy. Dla jednych to nadzieja. Dla innych – horror. Dla polityków – okazja, by obiecać więcej, niż ktokolwiek jest w stanie zapłacić.

Zresztą, co się będziemy czarować – płaca minimalna w Polsce to taki gospodarczy „pas bezpieczeństwa”, który jest zrobiony z gumy od gaci. Niby chroni, ale jak przywalimy w słup, to i tak nas wyrzuci przez przednią szybę. A i gacie zostaną w samochodzie.


EKONOMIA GRILLOWA – CZYLI JAK POLAK ROZUMIE GOSPODARKĘ

Zapytaj przeciętnego Kowalskiego, co sądzi o podwyżce płacy minimalnej, to ci odpowie:
„No jak dają, to brać!”

Bo my, naród wschodnioeuropejski, dziedzice husarii i kolejki po mięso, wierzymy, że państwo ma obowiązek: dawać, dopłacać i nie pytać o pokwitowanie. A jak ktoś zapyta o dane, analizy, produktywność czy wykresy – to mówimy, że to „teoretycy z uczelni”, co w życiu łopaty nie trzymali, a z pracą mieli tyle wspólnego, co politycy z uczciwością.


RZĄD Z KARTONU, EKSPERCI Z MEMA

No właśnie. Rządy. U nas każda kolejna ekipa ma głęboko zakorzenioną awersję do ekspertów, bo ekspert jest niebezpieczny: może mieć rację. A jak ma rację, to nie da się go zamknąć w teczce z napisem „PRZED WYBORAMI NIE RUSZAĆ”.

Zamiast ekspertów – mamy „polskiego Muska” (czyli biznesmena z dobrze ustawioną skrzynką mailową u premiera), który robi „misję deregulacyjną”. Czyli wycina, upraszcza, zwalnia, reorganizuje. Gdyby mógł, to by wszystko zorganizował tak, żeby w państwie został tylko on, premier i dwie aplikacje do płacenia składek ZUS.


PŁACA MINIMALNA – CZYLI GDZIE SIĘ KOŃCZY ROZSĄDEK, A ZACZYNA POLITYKA

Płaca minimalna to temat gorący jak ruszt pod kiełbasą wyborczą. Niby chodzi o to, żeby ludziom żyło się lepiej, ale większość decyzji podejmowana jest metodą „na czuja”, ewentualnie „na sondaż”.

Związki chcą więcej, rząd udaje, że nie słyszy, po czym – w heroicznym geście hojności – daje więcej niż chcieli związkowcy. Publiczność klaszcze, komentatorzy analizują, a przedsiębiorcy wyciągają kalkulator i… wyciągają wnioski. Najczęściej takie, że trzeba podnieść ceny, zredukować etaty albo wymyślić nowy sposób, jak „optymalizować zatrudnienie” (czyt. umowy śmieciowe level expert).

Efekt? Spłaszczona struktura wynagrodzeń, jak opona w Fiacie 126p po zjechaniu na krawężnik.


KRAJ, W KTÓRYM KWIAT MŁODZIEŻY ZARABIA MINIMALNĄ, A RESZTA MA DZIURY W CV

Statystyki są bezlitosne: połowa pracujących Polaków zarabia mniej niż 1,5-krotność płacy minimalnej. To nie znaczy, że jesteśmy leniwi albo głupi. To znaczy, że nasza gospodarka to jak wesele bez orkiestry – niby jest zabawa, ale nikt nie wie, do czego tańczyć.

A teraz rząd zastanawia się, czy to nie przesada. Bo jak tak dalej pójdzie, to informatyk z pięcioletnim stażem, znajomością pięciu języków i doktoratem z AI będzie zarabiał tyle, co świeżo zatrudniony ochroniarz w Biedronce. I obaj będą tak samo wkurzeni.


DANE? NIE DZIĘKUJEMY. MAMY PRZECIEŻ BRZOSKĘ.

W innych krajach politykę publiczną robi się na podstawie danych. W Polsce – na podstawie nosa premiera i natchnienia z Instagrama. Bo dane trzeba zbierać, analizować, rozumieć. A to trudne. Łatwiej jest wezwać Brzoskę, Morawieckiego lub kogoś z dużą firmą i powiedzieć:
– Zrób, żeby było taniej i szybciej. Ale tak, żeby nikt nie płakał.

Efekt? Nowa moda na „autorytarne innowacje” – czyli rządzenie z pominięciem mózgu, ale z dużym zapleczem marketingowym.


CZY JEST NADZIEJA? JEST. TYLKO NIE W TYM KRAJU.

Nie wszystko jednak stracone. Mamy wakacje, słońce, wędzonego pstrąga i jeszcze trochę zimnego piwa. Gospodarka jakoś się trzyma – bo jak nie wiadomo, jak działa, to zwykle działa siłą bezwładu.

Politycy będą dalej ogłaszać historyczne podwyżki, eksperci będą się śmiać przez łzy, a zwykli ludzie – jak zawsze – poradzą sobie dzięki czarnej magii, kombinowaniu i jednej zasadzie: „byle do piątku, byle do wypłaty”.


Więc nie panikujmy. Jeszcze trochę i znowu będzie kampania wyborcza. A wtedy rząd przypomni sobie, że was kocha. Na chwilę. Potem znowu wszystko wróci do normy. Czyli do absurdu.


Na zdrowie, rodacy. Niech płaca minimalna będzie z wami. A dane? Dane zostawmy Niemcom. U nas rządzi czucie. I grill. 🍖🔥🍻


Autor felietonu czyta dane ekonomiczne wyłącznie w cieniu parasola, z zimnym browarem w dłoni i dystansem większym niż różnica płacy


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights