
Poranek w piątek zaczyna się jak dobra powieść, powoli, z namysłem, z dźwiękiem łyżeczki o porcelanę i z tym krótkim złudzeniem, że świat da się jeszcze opisać zdaniem, które ma początek, rozwinięcie i sensowny koniec, i że gdzieś między pierwszym a drugim łykiem kawy istnieje coś takiego jak porządek.
Siedzi człowiek przy stole, patrzy na drzewa, które nie czytają gazet, i przez chwilę wierzy, że państwo to jest konstrukcja z rozumu, a nie z improwizacji, że prawo to jest narzędzie, a nie dekoracja, i że jeśli gdzieś znikają pieniądze, to ktoś w końcu wstanie, pójdzie ich poszukać i je znajdzie. A potem otwiera się gazetę. I wszystko zaczyna się rozłazić.
Najpierw Polnord.
Historia ciągnąca się jak stara sprawa w sądzie, której nikt nie zamyka, bo każdy ma w niej coś do ugrania, i każdy udaje, że chodzi o zasadę, choć chodzi o pieniądze, i to pieniądze konkretne, ciężkie, policzalne, które mają tę nieprzyjemną właściwość, że znikają szybciej, niż pojawiają się odpowiedzi.
Trzynaście lat sporu o infrastrukturę w Miasteczku Wilanów, trzynaście lat procesów między spółką Polnord a Miejskim Przedsiębiorstwem Wodociągów i Kanalizacji oraz miastem stołecznym Warszawa, trzynaście lat narastających roszczeń, które z pięćdziesięciu milionów robią sto osiemdziesiąt, a potem nagle, w jednym ruchu, kurczą się do niespełna pięćdziesięciu milionów w ramach ugody, którą jedni sprzedają jako sukces, a drudzy jako rozsądną ucieczkę przed jeszcze większym rachunkiem.
I w tym samym czasie, równolegle, toczy się śledztwo karne. Śledztwo dotyczące podejrzenia wyprowadzenia ze spółki około dziewięćdziesięciu milionów złotych. Nie domysłów. Nie plotek. Dziewięćdziesięciu milionów.
Z udziałem ludzi, których nazwiska mają ciężar i historię: Ryszard Krauze, były miliarder, który niejedno już w polskim kapitalizmie widział i niejedno potrafił z niego wyciągnąć, oraz Sebastian J., pseudonim „Foka”, człowiek od zadań specjalnych, były ochroniarz i współpracownik Romana Giertycha, który – według materiałów ujawnionych przez dziennikarzy – potrafił zakładać spółki w trzynastometrowym pokoju, a chwilę później obracać wierzytelnościami liczonymi w dziesiątkach milionów.
I jest jeszcze Roman Giertych. Postać osobna, osobliwa i osobna od logiki, człowiek, który przeszedł przez polską politykę jak turysta przez kolejne hotele, zostawiając po sobie rachunki i opowieści, który był u Jarosława Kaczyńskiego, przy Andrzeju Lepperze, blisko ojca Tadeusza Rydzyka, który budował Młodzież Wszechpolską i Ligę Polskich Rodzin, który jako minister edukacji próbował urządzać szkołę według własnych ideologicznych fantazji, a potem, kiedy polityka go wypluła, wrócił jako mecenas, doradca, architekt narracji i – co najważniejsze – człowiek, którego nikt nie chce mieć po drugiej stronie stołu.
I ten człowiek wychodzi i pisze, że to „praktycznie koniec sprawy”. Nie sąd. Nie prokurator. On. Bo jego kancelaria pisała pozwy. Bo ugoda została zawarta. Bo skoro miasto zapłaciło, to – w jego interpretacji – upadła przesłanka działania na szkodę spółki.
I w tym jednym zdaniu zawiera się cała filozofia bezkarności. Bo jeśli można sprowadzić postępowanie karne do przypisu w sporze cywilnym, jeśli można zasugerować, że przestępstwo znika razem z przelewem, to znaczy, że prawo przestaje być systemem, a zaczyna być opinią. A opinie, jak wiadomo, można zmieniać.
I co robi prokuratura? Zamiast powiedzieć jasno, czy doszło do przestępstwa, zawiesza śledztwo, czekając na rozstrzygnięcia w sprawach cywilnych. Odwraca porządek świata. Bo to nie sprawa cywilna ma tłumaczyć odpowiedzialność karną. To odpowiedzialność karna ma powiedzieć, czy coś było kradzieżą. Ale w Polsce logika bywa luksusem. I dlatego ten mechanizm działa. Bo między decyzją a jej wykonaniem zawsze jest jeszcze przestrzeń. Przestrzeń na interpretację. Przestrzeń na wpływ. Przestrzeń na człowieka takiego jak Giertych.
Człowieka, o którym mówi się, że ma dostęp do ucha premiera, że potrafi poruszać opinią publiczną, że stoi za nim armia internetowych wyznawców, którzy na jedno skinienie ruszają do ataku, i że jego kariera jest dowodem na to, że w Polsce nie trzeba być spójnym, żeby być skutecznym. Wystarczy być potrzebnym.
A teraz druga historia. Zondacrypto.
Nowoczesna, błyszcząca, pachnąca technologią i obietnicą szybkiego zysku, historia, w której zamiast teczek są aplikacje, zamiast przelewów bankowych – cyfrowe portfele, a zamiast umów – zaufanie.
Bo kryptowaluty są właśnie tym. Zaufaniem. Nie stoją za nimi fabryki. Nie stoją za nimi podatki. Nie stoją za nimi państwa. Stoi przekonanie, że ktoś inny zapłaci więcej. I to przekonanie jest sprzedawane jak produkt.
Z językiem, którego nikt do końca nie rozumie, z obietnicą wolności od systemu, z wizją świata, w którym każdy może być bogaty, jeśli tylko uwierzy. A tam, gdzie pojawia się wiara i pieniądze, pojawiają się też ludzie, którzy potrafią to wykorzystać.
Złodzieje, spekulanci, hochsztaplerzy, którzy nie potrzebują łomu ani pistoletu, bo wystarczy im platforma, marketing i cierpliwość. Bo wiedzą, że państwo zawsze przyjdzie za późno. Że zanim regulator zrozumie mechanizm, oni już będą gdzie indziej. Że zanim ktoś zada pytanie, oni już sprzedadzą odpowiedź.
I znowu mamy ten sam schemat. Państwo patrzy. Państwo analizuje. Państwo zastanawia się nad ustawą. A pieniądze znikają. Cicho. Sprawnie. Bez śladu.
I kiedy zestawi się te dwie historie, tę starą, wilanowską, pachnącą betonem i kancelariami, z tą nową, cyfrową, pachnącą kodem i obietnicą, widać, że różni je tylko scenografia. Mechanizm jest ten sam. Chciwość. Przekonanie, że można więcej. I system, który zawsze jest o jeden krok za tym, co powinien kontrolować.
I wtedy człowiek kończy tę kawę, która już dawno przestała być ciepła, i rozumie, że to nie jest kryminał. Bo w kryminale ktoś w końcu zbiera dowody, łączy fakty i wskazuje winnego. To jest opowieść o świecie, w którym dowody są opiniami, fakty są interpretacją, a winni są komentatorami własnych spraw.
I w tym świecie najtrudniejsze nie jest złapać złodzieja. Najtrudniejsze jest przyznać, że on stoi obok. I się uśmiecha.

Dodaj komentarz