ORĘDZIE, SEJF I PREZYDENT, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ WSZYSKIM

Warszawa

Wieczór w Polsce ma czasem w sobie coś z teatralnej premiery w prowincjonalnym teatrze. Kurtyna jeszcze nie poszła w górę, publiczność już siedzi w fotelach, ktoś chrząka, ktoś poprawia marynarkę, a wszyscy wiedzą, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego – albo przynajmniej coś bardzo głośnego. Tego wieczoru cała Polska czekała na godzinę dwudziestą, jak dawniej czekało się na przemówienia generałów albo na wyniki totolotka. W Pałacu Prezydenckim zapowiedziano orędzie, a kiedy w Polsce zapowiada się orędzie, naród zawsze ma dwa odruchy: najpierw włącza telewizor, a potem wzdycha.

Siedziałem daleko od Warszawy, w Toronto, przy komputerze, ale czułem się jak widz w pierwszym rzędzie. Człowiek z wiekiem zaczyna mieć wyczucie pewnych rzeczy. Czuje w powietrzu zapach nadchodzącej katastrofy intelektualnej, tak jak marynarz czuje zbliżający się sztorm. W tym przypadku sztorm miał na imię SAFE, a jego kapitanem był prezydent Karol Nawrocki – człowiek, który od kilku miesięcy sprawia wrażenie, jakby został wybrany na głowę państwa, ale w głębi duszy marzył, żeby zostać jednocześnie premierem, parlamentem i może jeszcze ministrem finansów.

I oto pojawił się na ekranie. Mina poważna, głos nabrzmiały odpowiedzialnością, ton moralny jak u proboszcza przed niedzielnym kazaniem o grzechach cywilizacji zachodniej. Polska miała usłyszeć prawdę o mechanizmie SAFE, europejskim instrumencie finansowania bezpieczeństwa. W skrócie chodzi o potężne pieniądze na obronność, przemysł zbrojeniowy i infrastrukturę bezpieczeństwa – pieniądze, które mogłyby zasilić zakłady w Stalowej Woli, Hucie Stalowa Wola, Rosomaku czy Dezamecie, czyli w miejscach, gdzie wyborcy prawicy głosują z taką regularnością, z jaką bociany wracają do Polski na wiosnę.

Ale logika polityczna w Polsce jest czasem jak instrukcja obsługi rosyjskiego samowaru – niby coś tam działa, ale sensu szukać próżno.

Prezydent więc przemówił. A kiedy przemówił, okazało się, że wszystko jest dokładnie tak, jak można było przewidzieć. SAFE okazał się w jego ustach kredytem groźnym jak frank szwajcarski, zachodnim spiskiem bankierów, finansową pułapką na polskie dzieci i wnuki oraz – co zawsze robi wrażenie – potencjalnym zamachem na suwerenność Rzeczypospolitej.

Słuchałem tego z rosnącym zdumieniem, które po chwili przerodziło się w śmiech. Bo trzeba mieć w sobie szczególny rodzaj talentu, żeby z europejskiego programu wzmacniania obronności zrobić opowieść o narodowej katastrofie. To trochę tak, jakby ktoś dostał od sąsiada nową łopatę do gaszenia pożaru, a następnie ogłosił narodowi, że jest to niebezpieczny instrument imperializmu ogrodniczego.

Najpiękniejszy moment nastąpił jednak wtedy, gdy prezydent przypomniał światu o swoim genialnym pomyśle zwanym „polskim SAFE 0 procent”. Pomysł ten, jak wiele wielkich koncepcji w polskiej polityce, przypomina konstrukcję roweru zbudowanego z części od traktora i czajnika. Z jednej strony ma być bez kosztów, z drugiej strony opiera się na długu. Z jednej strony ma być narodowy, z drugiej strony finansowany z pieniędzy, których… jeszcze nie ma. Głównym źródłem mają być bowiem zyski Narodowego Banku Polskiego, które – jak wiadomo – istnieją obecnie głównie w sferze metafizyki.

Ekonomiści patrzą na ten projekt tak, jak weterynarz patrzy na trzyogłowego kota: z mieszaniną ciekawości i przerażenia.

A jednak prezydent, z miną człowieka odkrywającego nowy kontynent, przedstawił tę konstrukcję narodowi jako alternatywę. SAFE europejski – zły. SAFE polski – dobry, bo polski. Logika znana z dzieciństwa: cudza czekolada podejrzana, własna bułka z masłem patriotyczna.

I wreszcie padły słowa, które wisiały w powietrzu od wielu dni.

Nie podpiszę.

Nie podpiszę ustawy o SAFE.

W tym jednym zdaniu zawarło się wszystko: polityka, teatr, manipulacja i drobna, bardzo polska złośliwość historii. Bo przecież wszyscy wiedzą – i wiedzą to również w Pałacu Prezydenckim – że program SAFE i tak będzie realizowany. Polska może korzystać z tych pieniędzy inną drogą, przez istniejące mechanizmy finansowania armii. Jedyną realną konsekwencją weta jest to, że część projektów przemysłowych i inwestycyjnych stanie się trudniejsza, wolniejsza albo mniej korzystna dla polskich firm.

Innymi słowy – prezydent nie zatrzymał programu.

On tylko sypnął trochę piasku w tryby.

Tak działa dziś polityka w wydaniu pewnej części polskiej prawicy. Nie chodzi o to, żeby coś zbudować. Chodzi o to, żeby ktoś inny nie zbudował tego pierwszy.

I dlatego patrząc na to wszystko z daleka, z mojego torontońskiego stołu, miałem przed oczami obraz dość groteskowy. Polska stoi na scenie historii jak rozsądny człowiek, który chce kupić nowy sprzęt przeciwpożarowy. A obok stoi prezydent, który macha rękami i krzyczy, że gaśnice są zdradą narodową.

I w tej scenie jest coś jednocześnie śmiesznego i smutnego. Bo państwo to nie jest szkolny teatrzyk. Państwo to maszyna, która musi działać nawet wtedy, gdy przy sterach stoi człowiek przekonany, że jest nie tylko prezydentem, ale także prorokiem finansów publicznych.

A historia – jak zawsze – zapisze to prościej.

Niektórym ludziom władza daje odpowiedzialność.

A kiedy odpowiedzialność okazuje się za ciężka, zostaje jeszcze patriotyczna retoryka, która działa jak lakier na rdzy – błyszczy w świetle kamer i rozpada się przy pierwszym dotknięciu rzeczywistości.

Innym daje tylko mikrofon.


  1. PornPics

    May you always find beauty and joy in the simple things of life

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights