
Jest coś ujmującego w politykach, którzy przez lata przekonują naród, że służą wyłącznie Polsce, po czym zaraz po opuszczeniu urzędu odkrywają w sobie nieodpartą potrzebę… monetyzacji doświadczenia. Andrzej Duda przeszedł tę drogę z wdziękiem człowieka, który jeszcze wczoraj przecinał wstęgi i odbierał honory wojskowe, a dziś z powagą tłumaczy, że jego największym kapitałem są relacje, kontakty i umiejętność rozmawiania z ludźmi.
Brzmi szlachetnie. Do chwili, gdy okaże się, że te rozmowy odbywają się już nie w interesie Rzeczypospolitej, lecz prywatnych podmiotów.
Po zakończeniu prezydentury były lokator Pałacu Prezydenckiego nie narzekał na nudę. Najpierw książka, potem program w Kanale Zero, następnie miejsce w radzie nadzorczej fintechu ZEN.com, współpraca z konserwatywną Heritage Foundation, własna fundacja Trójmorza, a w międzyczasie spółka komandytowa zajmująca się doradztwem i działalnością edukacyjną. Imponujące tempo. Jeszcze dobrze nie ostygła prezydencka pieczęć, a już rozstawiono biznesowe wizytówki.
Sęk w tym, że do tej układanki doszedł właśnie nowy element. Według informacji „Rzeczpospolitej” Andrzej Duda pojawił się na spotkaniu z szefem Agencji Uzbrojenia w towarzystwie przedsiębiorcy związanego z ZEN.com. Rozmowa, która miała mieć kurtuazyjny charakter, zeszła na temat bezzałogowców dla polskiej armii. Jeden z rozmówców gazety określił zachowanie obu panów krótko: „jak komiwojażerowie”. Trudno o bardziej brutalny kontrast. Jeszcze niedawno zwierzchnik Sił Zbrojnych, dziś człowiek, który – jak wynika z relacji – prezentuje sprzęt potencjalnym klientom z budżetem liczonym w setkach miliardów złotych.
To oczywiście nie jest nielegalne. Były prezydent może pracować, zarabiać i zakładać firmy. Problem zaczyna się tam, gdzie kończy się urząd, a zaczynają nieformalne wpływy. Bo czym właściwie handluje były prezydent? Wiedzą prawniczą? Trudno byłoby wskazać przełomowe osiągnięcia w tej dziedzinie. Doświadczeniem menedżerskim? Państwo przez dziesięć lat nie stało się przecież korporacją zarządzaną przez prezesa z Krakowa. Ekspertyzą techniczną dotyczącą dronów, energetyki jądrowej albo fintechów? Tu również trudno odnaleźć dorobek.
Towarem jest coś zupełnie innego. Nazwisko, zdjęcia z przywódcami, numery telefonów, pamięć sekretarek. Możliwość powiedzenia przy recepcji: „Proszę przekazać, że przyszedł były prezydent”.
To nie jest consulting. To jest sprzedaż dostępu.
Jeszcze ciekawiej robi się przy energetyce jądrowej. Według doniesień „Rzeczpospolitej” Andrzej Duda miał próbować pomagać stronie amerykańskiej podczas rozmów dotyczących projektu budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej, choć nie posiadał do tego żadnego formalnego umocowania. Z relacji gazety wynika również, że przedstawiciele rządu zwracali mu uwagę, iż taka aktywność bardziej komplikuje negocjacje, niż im pomaga. Trudno oprzeć się wrażeniu, że były prezydent pomylił rolę ambasadora z rolą akwizytora.
To zresztą wpisuje się w pewien charakterystyczny rys jego całej kariery. Andrzej Duda nigdy nie sprawiał wrażenia polityka szczególnie zainteresowanego budowaniem własnej szkoły myślenia czy pozostawieniem intelektualnego dziedzictwa. Aleksander Kwaśniewski wszedł w działalność fundacyjną i międzynarodowe debaty. Bronisław Komorowski stworzył instytut zajmujący się bezpieczeństwem i demokracją. Lech Wałęsa od lat pozostaje globalnym symbolem historycznego przełomu, niezależnie od wszystkich sporów wokół własnej osoby.
Andrzej Duda natomiast wygląda tak, jakby największym osiągnięciem po zakończeniu prezydentury było odkrycie, że znajomości można wpisać do cennika.
To zresztą paradoks całej jego prezydentury. Przez lata przedstawiał się jako strażnik państwa, obrońca konstytucji, reprezentant majestatu Rzeczypospolitej. Dziś ten sam majestat coraz częściej przypomina elegancki garnitur wynajmowany na godziny. Zmienił się jedynie klient.
Najbardziej zabawne jest jednak coś innego. Andrzej Duda najwyraźniej uwierzył, że ludzie kupują jego kompetencje. Tymczasem rynek kupuje wyłącznie jego dawny adres służbowy.
Gdyby odjąć ochronę SOP, prezydencką limuzynę, flagi, ordery, szczyty NATO, spotkania z amerykańskimi prezydentami i zdjęcia z Białego Domu, pozostałoby pytanie, którego nikt nie zadaje głośno.
Za co właściwie klient płaci? Za analizę prawną? Za strategię biznesową? Za ekspertyzę technologiczną? Czy może wyłącznie za to, że ktoś kiedyś siedział w fotelu, do którego dziś wstęp mają już inni?
Może właśnie dlatego określenie „otwieracz drzwi” zrobiło tak zawrotną karierę. Ono jest uczciwe. Nie obiecuje wiedzy, nie obiecuje kompetencji, nie obiecuje wizji. Obiecuje tylko, że drzwi, które dla zwykłego przedsiębiorcy pozostają zamknięte, dla byłego prezydenta uchylą się odrobinę szybciej, a to, co znajdzie się za tymi drzwiami, jest już osobnym biznesem i chyba jedynym, który Andrzej Duda rzeczywiście opanował do perfekcji.

Dodaj komentarz