
Polska miała kiedyś herby Jastrzębiec, Korwin, Pobóg i Topór, Byliny. Dzisiaj ma „Senior Executive Growth Evangelist”, „Chief Happiness Officera” oraz „Strategicznego Lidera Transformacji Interdyscyplinarnej”. Człowiek otwiera LinkedIna i ma wrażenie, że przypadkiem wszedł do cyfrowego Wersalu, w którym każdy lokaj przedstawia się jako książę, a każdy specjalista od arkuszy kalkulacyjnych wygląda, jakby właśnie wrócił z negocjacji pokojowych między NATO a Marsem.
To jest dopiero niezwykły moment historii społecznej. Jeszcze sto lat temu chłop marzył o ziemi. Pięćdziesiąt lat temu o talonie na malucha i meblościance. Dzisiaj trzydziestodziewięcioletni specjalista od „budowania synergii procesów sprzedażowych” marzy o tym, żeby pod nazwiskiem pojawiło się tajemnicze MBA, DBA albo doktorat zdobyty pomiędzy konferencją w hotelu pod Radomiem a webinarem o odporności psychicznej lidera.
I właśnie dlatego wybuchają kolejne afery z dyplomami. Nie dlatego, że ludzi nagle opętał głód wiedzy. Nie oszukujmy się. Robert Lewandowski raczej nie siedział wieczorami przy lampce i nie rozważał fenomenologii Husserla pomiędzy meczem Barcelony a reklamą szamponu. Szymon Hołownia prawdopodobnie też nie zasypiał z wypiekami na twarzy nad teorią organizacji i zarządzania zasobami ludzkimi.
Tu chodzi o coś znacznie głębszego i bardziej polskiego. O narodowy kompleks inteligencji. W Polsce inteligencja jest fetyszem. Nie dobroć. Nie uczciwość. Nie charakter. Inteligencja. Możesz być człowiekiem o osobowości blendera ustawionego na najwyższe obroty, możesz być narcystycznym wulkanem chaosu i pychy, ale jeśli ktoś powie o tobie „bardzo inteligentny człowiek”, natychmiast pojawia się aura wyższej cywilizacji.
Dlatego właśnie profesorowie są w Polsce traktowani trochę jak świeccy biskupi. Nieważne, czy wypowiadają się o swojej dziedzinie, czy o migracji pingwinów cesarskich i przyszłości walut cyfrowych. Jeśli mają tytuł, media będą ich ciągnęły do studia jak relikwie. Potem taki profesor zaczyna opowiadać kompletne bzdury poza własną specjalizacją, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje, bo przecież „to człowiek nauki”.
Polska od dawna nie traktuje dyplomu jako dowodu wiedzy. Dyplom jest dziś biżuterią społeczną. Jest sygnetem. Nowoczesnym herbem. Cyfrowym odpowiednikiem szlacheckiego kontusza.
Magisterka nawet najbardziej szemranej uczelni działa jak dawny tytuł szlachecki. Nieważne, czy człowiek cokolwiek umie. Ważne, żeby na LinkedInie wyglądało, że umie. I właśnie dlatego Collegium Humanum wyrosło tak spektakularnie. Ono nie sprzedawało edukacji. Ono sprzedawało status. Sprzedawało ludziom marzenie, że można w weekend awansować społecznie. Że wystarczy kilka rat, kilka zdjęć w garniturze i już człowiek nie jest zwykłym handlowcem od części do busów. Nie. Teraz jest „ekspertem do spraw strategicznego rozwoju organizacji”.
LinkedIn jest zresztą najpiękniejszym muzeum tej narodowej psychozy. To miejsce, gdzie każdy jest wizjonerem, mentorem albo liderem transformacji. Nie ma tam zwykłych ludzi. Nikt nie napisze:
„Siedzę osiem godzin i poprawiam tabelki”. Broń Boże. Tam człowiek „koordynuje wielowymiarowe procesy synergii operacyjnej”. Czyli prawdopodobnie wysyła maile i organizuje spotkania na Teamsie, ale opis stanowiska brzmi tak, jakby dowodził flotą kosmiczną podczas międzygalaktycznej wojny handlowej.
LinkedIn przypomina dziś gigantyczny bal przebierańców organizowany przez dział HR po zbiorowym zażyciu motywacyjnej kokainy. Ludzie publikują zdjęcia z lotnisk, coworków i konferencji z takim namaszczeniem, jakby właśnie wrócili z ratowania światowej gospodarki, podczas gdy w rzeczywistości lecą do Katowic opowiedzieć o „budowaniu marki osobistej w erze AI”.
Najpiękniejsze są jednak te wszystkie absurdalne tytuły. „Chief Happiness Officer”. „Executive Transformation Catalyst”. „Future Narrative Architect”. „Human-Centered Innovation Evangelist”. Brzmi to trochę tak, jakby ChatGPT dostał gorączki podczas czytania folderu korporacyjnego.
W dawnych czasach człowiek był piekarzem, lekarzem albo kowalem. Dzisiaj jest „multidyscyplinarnym facylitatorem procesów wzrostowych”. Nawet średniowieczni alchemicy mieli bardziej konkretne CV.
I oczywiście wszyscy są ekspertami od wszystkiego. Rano ktoś analizuje geopolitykę Chin. Po południu wrzuca poradnik o neuronauce przywództwa. Wieczorem tłumaczy, jak budować odporność psychiczną zespołów w modelu agile. Człowiek czyta to wszystko i zaczyna podejrzewać, że Leonardo da Vinci był przy tych ludziach zwykłym amatorem.
Im mniej konkretnej wiedzy, tym większa pewność siebie. To żelazna zasada LinkedIna. Ludzie naprawdę kompetentni zwykle mówią ostrożnie, z niuansami, z wątpliwościami. Natomiast cyfrowi książęta synergii walą opiniami z pewnością siebie telewizyjnego kaznodziei po trzecim espresso. I dlatego polityka tak świetnie żre się na LinkedInie. Bo polityka nie wymaga specjalnej wiedzy. Wymaga emocji. Można napisać: „Demokracja umiera”. „Europa płonie”. „Polska stoi nad przepaścią”. I natychmiast pojawiają się lajki, serduszka oraz komentarze ludzi podpisanych jako „Growth Advisor”, „Leadership Mentor” albo „Strategic Change Navigator”.
Natomiast spróbuj napisać coś konkretnego o podatkach, strukturze rynku długu albo automatyzacji logistyki. Zapada cisza tak głęboka, jakby internet nagle stracił zasięg. Nagle okazuje się, że połowa „liderów transformacji” ma wiedzę ekonomiczną złotej rybki po lekkiej lobotomii.
To chyba największy paradoks współczesnej klasy średniej. Nigdy wcześniej ludzie nie mieli tylu dyplomów, certyfikatów i kursów, a jednocześnie nigdy wcześniej tak panicznie nie bali się, że ktoś odkryje, iż pod spodem często nie ma nic poza dobrze wyprasowaną marynarką i prezentacją w Canvie.
Dlatego właśnie Polska produkuje doktorów jak fabryka kabanosów. Bo doktorat stał się nowym tytułem arystokratycznym. Nie chodzi o naukę. Chodzi o pozycję społeczną. O możliwość wpisania trzech literek przed nazwiskiem i obserwowania, jak ludzie automatycznie prostują plecy.
Patryk Jaki robi doktorat. Mentzen robi doktorat. Połowa polityków robi doktoraty. To trochę tak, jakby średniowieczni rycerze masowo zaczęli kupować korony, bo sam miecz przestał już wystarczać do budowania prestiżu.
Najbardziej gorzkie jest jednak to, że ten cały wyścig statusowy odbywa się dokładnie w momencie, gdy świat zaczyna mieć coraz bardziej gdzieś nasze dyplomy. Sztuczna inteligencja już dziś wykonuje część pracy analityków, marketerów, copywriterów czy junior managerów szybciej niż oni sami. Tymczasem polska klasa średnia nadal wierzy, że magisterka z „zarządzania innowacją” ochroni dzieci przed rzeczywistością. Rodzice nadal wolą wysłać dziecko na „marketing medialny i komunikację społeczną” niż do technikum, bo technikum kojarzy się z porażką. Nawet jeśli hydraulik zarabia dziś więcej niż połowa ludzi od „strategicznego networkingu”. Ale przecież hydraulik nie może wpisać sobie na LinkedIn: „Senior Water Flow Optimization Consultant”. A bez tego — umówmy się — trudno dziś zostać polskim arystokratą klasy średniej.

Dodaj komentarz