KRAKÓW NA KREDYT, CZYLI JAK ZIGNOROWAĆ DIAGNOZĘ I ZDZIWIĆ SIĘ GDY WYSTAWIĄ RACHUNEK

Warszawa

Są politycy, którzy nie słuchają ekspertów, bo uważają, że wiedzą lepiej. Są tacy, którzy nie słuchają, bo nie mają czasu. I jest też trzecia kategoria — nie słuchają, bo prawda psuje narrację, a narracja jest jak lakier na starym aucie: ma błyszczeć, nie ma informować. Prezydent Krakowa, Aleksander Miszalski, od dłuższego czasu wygląda na człowieka z tej trzeciej grupy.

Piszę to jako ktoś, kto nie patrzy na Kraków jak na pocztówkę z Sukiennicami. Patrzę jak na miasto, z którym wciąż czuję się związany. Właśnie dlatego, prawie dwa lata temu, wraz ze swoim zespołem dokonałem analizy jego sytuacji finansowej i złożyłem prezydentowi propozycję współpracy. Nie po to, by robić show, tylko po to, by ratować liczby, zanim liczby zaczną ratować siebie kosztem mieszkańców.

Diagnoza była postawiona wcześnie. Terapia była prosta. Tylko że prezydent zrobił rzecz najpopularniejszą w polskiej administracji: uprzejmie zignorował temat. A dziś wszyscy udają zdziwienie, że za ignorowanie rachunków nie dostaje się medalu, tylko wezwanie do zapłaty.

BUDŻET JAK KOŁDRA: ZA KRÓTKA, A PREZYDENT I TAK CIĄGNIE W SWOJĄ STRONĘ

Kraków w 2024 roku ma planowane dochody na poziomie nieco poniżej ośmiu miliardów złotych. Wydatki? Ponad osiem i pół miliarda. Deficyt? Grubo ponad pół miliarda. To nie jest „trudna sytuacja”. To jest sytuacja, w której miasto biegnie, ale sznurówki ma związane razem.

I jasne: każdy samorząd ma dziś pod górkę. Koszty usług rosną, potrzeby rosną, ludzie chcą lepiej, szybciej, taniej. Problem polega na tym, że w Krakowie ta droga pod górkę jest jak droga na Kopiec Kościuszki, tylko bez widoku na Wisłę i bez sensu.

Deficyt planuje się łatać kredytem i obligacjami. Klasyka. Jakby budżet był dziurawą łódką, a ktoś wpadł na pomysł, żeby ratować ją, kupując jeszcze większy wiaderko.

DŁUG, KTÓRY ROŚNIE JAK ZABUDOWA: SZYBKO, GĘSTO, BEZ ODETCHNIENIA

Najbardziej elegancki w tej historii jest dług. On rośnie z godnością. Bez emocji. Bez konferencji. Bez rolek. Po prostu rośnie. Na koniec 2024 roku zadłużenie Krakowa ma sięgać około sześciu miliardów złotych. W perspektywie kolejnego roku ma przekroczyć 7,5 miliarda.

W przeliczeniu na mieszkańca wychodzi kilka tysięcy złotych długu na głowę. A to jest najlepszy rodzaj długu: taki, którego nie widać, ale wszyscy go spłacają. Bez podpisu. Bez zdolności kredytowej. Bez pytania. Miasto w modelu subskrypcyjnym: płacisz co miesiąc, nie wiesz za co, ale masz mieć poczucie, że to normalne.

MOJA PROPOZYCJA BYŁA. PREZYDENT WYBRAŁ MILCZENIE

W tej układance nie chodzi o to, że ktoś nie wiedział. Właśnie o to chodzi, że wiedział. Prawie dwa lata temu przedstawiłem analizę i propozycję współpracy. Były tam proste kierunki działania, bez fanfar i bez powerpointów z uśmiechniętymi ludźmi na rowerach:

  • audyt krytycznych obszarów finansowych i operacyjnych, nie „audyt wizerunkowy”, tylko taki, który pokazuje, gdzie pieniądze uciekają jak ciepło przez nieszczelne okna;
  • uporządkowanie struktury zobowiązań, tak by miasto mogło oddychać przez długi czas, a nie dusić się krótkimi łatkami;
  • realna optymalizacja wydatków bieżących, bo one są jak wysokie ciśnienie: na początku nic nie boli, a potem nagle jest po zawodach;
  • lepsze zarządzanie majątkiem i finansowaniem, w tym instrumenty typu obligacje przychodowe czy sekurytyzacja, czyli rozwiązania, które nie są „magiczne”, tylko zwyczajnie bardziej racjonalne, jeśli ktoś potrafi je przygotować;
  • priorytetyzacja inwestycji: mniej „ładnych planów”, więcej projektów, które przynoszą wymierny efekt społeczny i ekonomiczny;
  • wzmocnienie przejrzystości i dialogu z mieszkańcami, bo miasto to nie teatr jednego aktora.

To nie była propozycja „z kosmosu”. To był zestaw narzędzi, które samorządy na świecie stosują, gdy chcą wyjść z pętli zadłużenia bez amputacji usług publicznych.

Prezydent miał wybór: zrobić z tego plan działań albo schować temat do szuflady. Wybrał szufladę. I teraz szuflada się nie domyka.

SPÓŁKI KOMUNALNE I URZĄD: KOSZTY, KTÓRE NIE ZNIKAJĄ OD PRZEMÓWIEŃ

Krakowskie spółki komunalne to osobny wszechświat. Są potrzebne. Są ważne. Ale wiele z nich ma problem z rentownością i wymaga dokapitalizowania. To jest eufemizm. Dokapitalizowanie to jest taka grzeczna nazwa na „dorzucanie pieniędzy, bo inaczej coś zacznie skrzypieć”.

Do tego dochodzi aparat urzędniczy. Etaty rosną, wynagrodzenia rosną, a efektywność bywa jak Yeti: wszyscy o niej słyszeli, ale mało kto widział. Władze mówią o „reformie struktury urzędu”. Świetnie. Tylko reformę powinno się robić wtedy, gdy jeszcze masz przestrzeń. A nie wtedy, gdy woda jest już na schodach.

REFERENDUM: KRAKÓW ZACZYNA LICZYĆ, BO WŁADZA NIE LICZYŁA

W Krakowie trwa zbieranie podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta. Potrzeba około 58 tysięcy podpisów do połowy marca. Brzmi jak dużo, ale dynamika zbiórki sugeruje, że problemem nie będą podpisy. Problemem będzie frekwencja. Referendum ma sens tylko wtedy, gdy przyjdzie około 160 tysięcy mieszkańców.

I tu zaczyna się prawdziwa polityka. Prezydent i jego otoczenie promują dokonania, a równolegle próbują zniechęcać do składania podpisów. To jest strategia klasy „nie idźcie na referendum, bo możecie je wygrać”. Trochę jak namawianie ludzi, by nie wchodzili do windy, bo winda może pojechać na inne piętro.

Koalicjanci? Niby w tym samym obozie, ale każdy ma własne rachunki.

Lewica ma do Miszalskiego żal po powyborczych ustaleniach i obsadzie stanowisk. Lokalnie mówią: „nie popieramy referendum, bo za krótko rządzi”. Centralnie mówią: „nie będziemy umierać za Miszalskiego”. Czyli klasyczne „życzymy powodzenia, ale z daleka”.

PSL też kręci nosem, bo pamięta swoje. I jak to PSL, będzie sprawdzać, gdzie jest środek ciężkości, zanim postawi stopę. Zespół obrotowy w pełnej krasie.

Najciekawsze jest to, że część koalicjantów już układa scenariusze na nowe wybory. Lewica rozważa własnego kandydata, najlepiej z Razem. Czyli prezydent Krakowa, zamiast budować wspólny front dla miasta, zdołał zbudować wspólny front przeciw sobie. To też jest jakiś talent.

KRAKÓW: MIASTO Z AMBICJAMI, ALE NIE Z KALKULATOREM

Władza kocha opowiadać o strategiach i wielkich projektach. Tylko że strategia bez finansów jest jak mapa bez skali: ładna, ale nic z niej nie wynika.

Można mieć hasła o nowoczesności. Można mieć wielkie plany. Można mieć Strefę Czystego Transportu i mówić, że „nie ustąpię”. Tylko nieustępliwość jest fajna w filmach o superbohaterach. W budżecie jest po prostu uporem.

Kraków ma realne problemy: smog, korki, presję zabudowy, braki zieleni, napięcia społeczne. To wszystko kosztuje. I właśnie dlatego trzeba było potraktować finanse poważnie, zanim zrobi się poważnie źle.

ZABRZE JAKO PRZYPOMNIENIE: RZECZYWISTOŚĆ NIE NEGOCJUJE

Złożyłem podobną analizę i propozycję współpracy w Zabrzu. Dziś tej pani prezydent w urzędzie już nie ma. Tam też było „jakoś to będzie”. Tam też były polityczne gierki, udawanie, że budżet się naprawia sam. Nie naprawił się. Zmieniły się osoby, a problemy zostały, tylko większe.

Kraków jest na tej samej ścieżce. Różnica polega na tym, że Kraków ma więcej turystów, więcej dumy i więcej poczucia, że „jakoś to przejdzie”. To poczucie jest jak mgła nad Wisłą: klimatyczne, ale ogranicza widoczność. Zwłaszcza w stronę księgowości.

A TERAZ LICZBY, KTÓRE PSUJĄ HUMOR – 2024 KONTRA 2026

Bo prawdziwy problem Miszalskiego polega na tym, że liczby nie mają cierpliwości do narracji. W 2024 roku Kraków planował dochody na poziomie niespełna 8 miliardów złotych, wydatki przekraczające 8,5 miliarda i deficyt rzędu 565 milionów. Już wtedy było źle. Już wtedy było widać, że miasto jedzie na rezerwie, a kontrolka świeci się na czerwono.

Minęły dwa lata. I co mamy dziś?

Budżet Krakowa na 2026 rok zakłada dochody w okolicach 10,3 miliarda złotych. Brzmi dumnie, prawda? Tylko że wydatki puchną jeszcze szybciej i przekraczają 11,4 miliarda złotych. Deficyt? Około 1,15 miliarda złotych. Czyli podwojenie dziury budżetowej w dwa lata. To już nie jest dryf. To jest świadome przyspieszanie w stronę ściany.

Zadłużenie, które w 2024 roku miało sięgnąć około 6 miliardów złotych, według aktualnych planów i prognoz w 2026 roku zbliża się do 9 miliardów. Trzy miliardy więcej. W dwa lata. Tempo godne dewelopera na przedmieściach, tylko efektów nikt nie chce oglądać.

To właśnie jest efekt strategii „jakoś to będzie”. I właśnie dlatego tak groteskowo brzmią dziś opowieści prezydenta o odpowiedzialnym zarządzaniu.

PREZYDENT I SKARBNIK: DWULETNIA CISZA LEPSZA NIŻ ROZMOWA

W tej historii jest jeszcze jeden smaczek. Przez blisko dwa lata ani prezydent, ani skarbnik miasta nie znaleźli czasu, by się ze mną skontaktować. Ani maila. Ani telefonu. Ani próby rozmowy. Nic.

To jest fascynujące zjawisko. Miasto tonie w długu, deficyt rośnie jak ciśnienie u kardiologa, a ludzie odpowiedzialni za finanse uznają, że rozmowa z kimś, kto zrobił analizę i proponował konkretne rozwiązania, jest zbędna. Lepiej nie wiedzieć. Wiedza bywa kłopotliwa.

Skarbnik w tej opowieści pełni rolę strażnika excela, który widzi liczby, ale udaje, że to tylko sugestia. Prezydent zaś zachowuje się jak celebryta, który wierzy, że jeśli wystarczająco długo będzie pozował do zdjęć na tle panoramy miasta, to dług sam się zawstydzi i odejdzie.

REFERENDUM JAKO AKT HIGIENY

Dziś, choć nie mieszkam już w Krakowie, z pełną przyjemnością solidaryzuję się z tymi, którzy chcą odwołać Aleksandra Miszalskiego. Nie z emocji. Z rachunku. Z arytmetyki. Z poczucia elementarnej higieny finansowej.

Referendum nie jest zemstą. Jest sprzątaniem. Jest próbą powiedzenia: dość zarządzania miastem jak kontem na debecie bez limitu. Dość polityki, w której prezydent jest bardziej rozpoznawalny niż jego plan finansowy.

Miszalski okazał się szkodnikiem w garniturze, celebrytą bez wizji, człowiekiem, który myli rządzenie z autopromocją. Miasto nie potrzebuje kolejnego bohatera konferencji prasowych. Miasto potrzebuje kogoś, kto rozumie różnicę między dochodem a wydatkiem.

PUENTA, KTÓRA BOLI

Diagnoza była. Propozycja współpracy była. Czas był. Związek z miastem jest nadal, bo Kraków to nie jest projekt do CV, tylko wspólna odpowiedzialność.

Prezydent i skarbnik wybrali milczenie. Teraz mają rachunek. Gruby. Z odsetkami.

A mieszkańcy? Mieszkańcy przestali słuchać opowieści. Zaczęli liczyć. I to jest moment, w którym każda władza bez wizji zaczyna się naprawdę bać.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights