
Siedzę późnym wieczorem na tarasie w East York. Noc jest spokojna jak sumienie księgowego w rajach podatkowych. Oddalona ulica prawie pusta, gdzieś daleko przejeżdża samochód, a nad ogrodami wiszą lampy, które w Kanadzie świecą tak uprzejmie, jakby przepraszały za to, że w ogóle istnieją.
Przede mną laptop, który rzuca zimne światło na stół. Obok kubek kawy – kolejny. W moim wieku kawa przestaje być napojem, a zaczyna pełnić funkcję aparatury podtrzymującej myślenie. Dym z papierosa unosi się leniwie w powietrzu, jakby też nie miał specjalnej ochoty się wysilać.
Miałem pracować.
Naprawdę miałem. W komputerze otwarty jest dokument z czymś poważnym – analiza, raport, jakieś wnioski. Tekst, który wygląda tak, jakby ktoś miał go czytać z poważną miną.
Ale człowiek popełnia błąd.
Wchodzi na chwilę na serwisy informacyjne.
Tylko zerknąć.
Jak to się zwykle kończy – wiadomo.
Po chwili zamiast pracować czytam o tym, jak zdobywa się prawdziwe pieniądze.
Nie takie tam drobne pieniądze z pracy. Nie jakieś honoraria za doradztwo. Nie pieniądze, które zarabia się głową i potem jeszcze płaci od nich podatki.
Chodzi o pieniądze wielkie. Takie, które mają własne kontynenty, własne banki i własne samoloty.
Czytam więc z zainteresowaniem, bo zawsze byłem człowiekiem chciwym. Problem polegał tylko na tym, że byłem też człowiekiem dość leniwym.
Owszem, pracowałem. Nawet fizycznie. W młodości rąbałem las w Szwecji, co jest świetnym sposobem na zrozumienie, że jednak znacznie przyjemniej pracuje się głową. Potem kelnerowałem w Londynie i nauczyłem się kolejnej prawdy o życiu: najcięższa praca to taka, w której trzeba się uśmiechać.
Później było już bardziej cywilizowanie. Pracowałem głową. Ręce służyły mi głównie do rysowania, malowania i robienia grafiki. Wiedzy też trochę łyknąłem – na tyle, żeby odkryć jedną z najważniejszych zasad cywilizacji.
Najlepszą pracą jest kierowanie ludźmi, którzy pracują.
Tak minęło życie.
Doradzanie, analizowanie, projektowanie, kierowanie. A na starość sprzedawanie doświadczenia i tłumaczenie młodszym, że z myślenia i kombinowania też można żyć.
Ale kiedy człowiek czyta o prawdziwych fortunach, zaczyna rozumieć, że całe to życie było raczej skromnym projektem finansowym.
Bo prawdziwe pieniądze zdobywa się inaczej.
Najlepiej dobrze się urodzić.
A jeśli to się nie uda – zostaje plan B.
Zostać prezydentem.

Patrzę więc na Donalda Trumpa i zaczynam rozumieć, że oto powstała zupełnie nowa szkoła ekonomii politycznej.
W tej szkole polityka zagraniczna przypomina wielki targ biznesowy. Dyplomacja spotyka się z inwestycjami, a negocjacje pokojowe zaczynają wyglądać jak zebrania zarządu dużej korporacji.
Politolodzy nazywają to kleptokracją. Brzmi to bardzo naukowo, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś prostego: państwo jako bardzo dochodowy biznes.
Za pierwszej kadencji Trumpa mówiono jeszcze o drobnych konfliktach interesów – tu hotel, tam licencja, gdzie indziej jakaś nieruchomość.
Drobne miliony.
Teraz skala wygląda bardziej jak port przeładunkowy dla pieniędzy.
Kryptowaluty, fundusze inwestycyjne, dziwne instytucje międzynarodowe. Jedną z najbardziej osobliwych inicjatyw jest tak zwana Rada Pokoju – organizacja, do której według doniesień wejście kosztuje miliard dolarów.
Miliard.
Podobno członkowie płacą wpisowe, a środki trafiają do funduszu kontrolowanego przez strukturę powiązaną bezpośrednio z prezydentem.
Według różnych relacji w tej kasie ma już być nawet około dziesięciu miliardów dolarów.
Pokój, jak widać, bywa bardzo dochodowym przedsięwzięciem.
Trump poszedł zresztą jeszcze dalej i postanowił przebudować Biały Dom, żeby zmieścić tam ogromną salę balową. Władza musi przecież mieć gdzie przyjmować przyjaciół, sponsorów i ludzi, którzy wpłacają miliard dolarów wpisowego do rady pokoju.
Na tym tle polskie ambicje wyglądają skromniej, ale uczniowie są pilni.
Karol Nawrocki na przykład.
Polityk, który z entuzjazmem godnym młodego adepta odkrył uroki kryptowalut i walki z regulacjami. Zawetował ustawę dotyczącą rynku kryptowalut – oficjalnie w imię wolności obywateli i sprzeciwu wobec nadmiernej kontroli państwa.
Krytycy zauważają jednak, że brak regulacji w tej branży bywa szczególnie wygodny dla ludzi, którzy lubią pieniądze krążące po świecie anonimowo i bez nadmiernej ciekawości urzędników.
Oczywiście nikt nikogo o nic nie oskarża.
Ale kiedy człowiek patrzy na światową modę na politykę w stylu Trumpa – państwo jako narzędzie do otwierania drzwi wielkim pieniądzom – zaczyna się zastanawiać, czy młodsi adepci tej szkoły nie próbują po prostu odrobić pracy domowej.
Trump buduje salę balową.
Z Pałacu Namiestnikowskiego zniknął Okrągły Stół – historyczny mebel symbolizujący kompromis. Sala została opróżniona.
Idealna przestrzeń.
Można tam zrobić konferencję kryptowalutową. Można urządzić wielki bal patriotyczny.
Albo – patrząc realistycznie na ducha naszych czasów – eleganckie kasyno polityczne.
Wyobrażam to sobie bardzo plastycznie.
Wieczór w wielkiej sali Pałacu Namiestnikowskiego. Kryształowe żyrandole, marmurowa posadzka, orkiestra gra coś pomiędzy patriotycznym walcem a dyskretnym jazzem. Przy stołach siedzą oligarchowie z całego świata – jedni w garniturach, inni w ideologiach. Na ekranach zamiast kursów walut wyświetlają się notowania kryptowalut, które skaczą jak pijane kangury.
Przy jednym stoliku ktoś opowiada o wolności gospodarczej. Przy drugim ktoś właśnie sprzedaje suwerenność w pakiecie z tokenem blockchainowym. Kelnerzy noszą kieliszki szampana, a w tle politycy wygłaszają przemówienia o wartościach.
Na parkiecie tańczą sponsorzy demokracji, inwestorzy w pokój światowy i ludzie, którzy przypadkiem wpłacili miliard dolarów wpisowego do jakiejś bardzo ważnej rady.
Gdzieś w kącie stoi bankomat kryptowalutowy, który wygląda jak nowoczesna urna wyborcza.
A nad tym wszystkim unosi się zapach pieniędzy – delikatny, ale wyczuwalny.
W gruncie rzeczy wygląda to już jak nowa uczelnia wyższa. Nazwijmy ją roboczo Uniwersytetem Trumpizmu. Kierunek: Geopolityka i Przedsiębiorczość Kleptokratyczna. Program studiów jest prosty – w pierwszym semestrze studenci uczą się, jak połączyć interes narodowy z własnym kontem bankowym. W drugim – jak rozmontować instytucje, które mogłyby zadawać zbyt wiele pytań. Na trzecim roku dochodzi specjalizacja z kryptowalut i globalnych funduszy pokoju, w których wpisowe wynosi miliard dolarów. Dyplom dostaje się za umiejętność wypowiadania słowa „wolność” w chwili, gdy właśnie znika kolejna regulacja finansowa.
Co ciekawe, uczelnia ma coraz więcej zagranicznych studentów. Jedni przyjeżdżają z Ameryki Południowej, inni z Europy Środkowej. Wszyscy pilnie notują.
Patrzę na to wszystko przez szyby z mojego kanadyjskiego tarasu, piję kolejną kawę i zaczynam się zastanawiać nad własną karierą.
Bo skoro prawdziwe fortuny zdobywa się w polityce, to może jeszcze nie wszystko stracone.
Mam siedemdziesiąt dwa lata.
Trump w czerwcu kończy osiemdziesiąt.
Matematycznie rzecz biorąc mam więc jeszcze osiem lat zapasu.
Może powinienem spróbować.
Najwyżej skończy się na tym, że zostanę najbiedniejszym oligarchą w historii.
Chociaż patrząc na dzisiejsze standardy polityki światowej, nawet to mogłoby zostać uznane za poważną wadę charakteru.
Bo w nowoczesnej demokracji najwyraźniej nie wystarczy być uczciwym.
Trzeba jeszcze umieć dobrze kraść.
I robić to w imię wolności.

Dodaj komentarz