
Nie trzeba być geniuszem zła, żeby rządzić światem. Wystarczy mieć garnitur, kompleks ojca, odrobinę pogardy dla nauki i zdolność do patrzenia kamerze prosto w oko, mówiąc: „To nie my, to okoliczności”. Unia Europejska właśnie zrobiła pokazową demonstrację, jak skutecznie zdewastować coś, co jeszcze wczoraj nazywano „ambicją zielonego ładu”. Teraz nazywa się to: „Fundusz Konkurencyjności”. Czyli: bioróżnorodność wyparowała, ale hej, mamy więcej PowerPointów.
Komisja Europejska, ten genialny eksperyment łączenia biurokracji z pozorną troską o przyszłość, zaprezentowała nową propozycję budżetową. I to nie byle jaką – 1,816 biliona euro. Brzmi imponująco? Jasne. Ale to jakby zamówić nowy system ogrzewania do domu i jednocześnie kazać zamknąć wszystkie okna na wieczność, bo szkoda ciepła.
Odtąd różnorodność biologiczna nie ma przypisanego osobnego finansowania. Zamiast tego wrzucono ją do worka z klimatem, wodą, cyrkularną gospodarką i resztą tematów, których nikt nie rozumie, ale brzmią eko. To jak powiedzieć choremu pacjentowi: „Nie dostaniesz lekarza, tylko ogólny krem uniwersalny – użyj na wszystko”.
A aktywiści? Krzyczą. WWF ostrzega, że pieniądze pójdą tam, gdzie „konkurencyjność”, czyli w praktyce: beton, hutnictwo, cyfryzacja i najnowszy projekt budowy centrum konferencyjnego w środku wygasłego wulkanu. Rzekomo ekologiczny, bo z naturalnej lawy.
Program LIFE, jedyne konkretne źródło funduszy na przyrodę, zniknie. Wchłonięty przez nowy megafundusz, gdzie już teraz wiadomo, że zielone dostanie tyle, co sałata w kebabie. Bo przecież „kompleksowość” to słowo klucz. Komisarz Roswall z dumą mówi o dobrych przepisach. Owszem, ale przypomina to sytuację, gdy masz świetną książkę kucharską, a w lodówce dwa ogórki i ketchup.
Komisja zapewnia: „700 miliardów pójdzie na klimat”. Brzmi fajnie, ale jak się to rozpuści po działach, krajach i celach, to nagle się okaże, że dla przyrody zostaje tyle, ile dla uczciwości w kampanii wyborczej.
Ale nie martw się – mamy zasadę „niewyrządzania szkody”. Czyli coś jak instrukcja obsługi moralności, którą nikt nie czyta. Unia mówi: „To będzie horyzontalne”. No tak. Poziome, bo płaskie. Bez ambicji, bez wizji, bez przyszłości.
Analitycy już przewidują, że programy na wodę – jeden z najbardziej palących problemów – również nie dostaną osobnych środków. Najbardziej wysuszone regiony Europy, jak Hiszpania i Portugalia, mogą liczyć na… zrozumienie. Czasem.
A teraz moment dumy narodowej: Polska wygrała. 123,3 miliarda euro. Brawo my. Tylko że nikt nie pyta, na co. Gdyby te pieniądze faktycznie poszły na coś sensownego, można by się cieszyć. Ale znając lokalne realia, skończy się na rondzie w kształcie orła, muzeum gęsi i nowym parkingu dla VIP-ów w gminie Mikołajki Małe.
Komisarz Piotr Serafin, Polak z krwi i selfie, już się pochwalił: „Największy budżet w historii”. Jasne. Historia lubi się powtarzać, szczególnie jeśli chodzi o wydawanie cudzych pieniędzy na swoje ego.
Niemcy z kolei wściekli – bo znowu płacą więcej, niż dostają. I słusznie. W ich przypadku to jakby kupić bilet VIP na koncert, a potem siedzieć za filarem, bo pierwsze rzędy zajęła rodzina Orbána.
ZAMIENIAMY ŚWIAT W BAJZEL – Z UŚMIECHEM
Z takimi bohaterami na scenie trudno się dziwić, że świat skręca w kierunku absurdu. Planeta się grzeje, lasy znikają, a fundusze na ochronę przyrody trafiają do firm budujących nowe lotniska i autostrady „zrównoważone środowiskowo”. Jak? Nie wiadomo. Ale mają logo z listkiem.
Budżety rosną, moralność maleje, przywódcy mrugają do tyranów, a Europa rozdaje pieniądze, jakby rozdawała kartki na zgniłe pomarańcze.
I dlatego właśnie piszę felietony.
Bo jak się człowiek nie zaśmieje, to się załamie.

Dodaj komentarz