
Witajcie w krainie absurdu, gdzie z jednej strony politycy straszą migrantami, a z drugiej – pracodawcy błagają ich, żeby jednak wpadli na chwilę, choćby na umowę-zlecenie i z własnym śpiworem. Bo Polska, moi drodzy, z kraju eksportera rąk do pracy stała się importerem siły roboczej. Ale jak zwykle – nikt nie powiedział społeczeństwu, że coś się zmieniło.
PRZYCHODZI MIGRANT DO POLAKA… I ZACZYNA ROBIĆ ZA NIEGO
Jeszcze nie tak dawno to my pakowaliśmy słoiki i lecieliśmy do Anglii, by tam zmywać naczynia, sprzątać puby i udawać, że lubimy sos miętowy do jagnięciny. Dziś to Ukrainki robią za nas zakupy, Gruzini je rozwożą, a Hindusi naprawiają komputery w urzędzie, który nie wie, jak działa ePUAP.
A Polak? Polak siedzi w internecie i krzyczy, że „mamy własnych bezrobotnych!”, choć sam właśnie złożył CV do urzędu jako „specjalista ds. obserwacji zjawisk pogodowych z okna”. Oczywiście zdalnie.
DEMOGRAFIA, CZYLI ŻEBY BYŁO NAS WIĘCEJ, TO MUSI NAS BYĆ WIĘCEJ
Według ZUS-u, żeby utrzymać system emerytalny przy życiu (czytaj: nie doprowadzić go do zgonu klinicznego), potrzebujemy 3 milionów nowych pracowników do 2035 roku. To znaczy, że albo:
- zaczniemy masowo rodzić dzieci (co jest równie realne jak powrót Radka Sikorskiego do PiS-u),
- albo musimy przyjąć ludzi z zewnątrz.
Ale nie! Rząd mówi „STOP!”, stawia patrole na granicy, a Konfederacja wysyła Bąkiewicza z lornetką, żeby pilnował, czy przypadkiem nie wjeżdża ktoś z „podejrzanym kolorem skóry lub akcentem”. Tymczasem pracodawcy płacą, proszą i sponsorują pozwolenia na pracę szybciej niż influencerki rozbierają się na OnlyFans.
AKTYWNOŚĆ ZAWODOWA UKRAIŃCÓW: 96 PROCENT. AKTYWNOŚĆ POLAKÓW: MEMY I NARZEKANIE
Z danych wynika, że Ukraińcy pracują więcej niż Polacy. I to nie tylko dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą. A Polak? Polak, jak słyszy „rynek pracy”, to myśli, że to nowa giełda w telewizji. Wstaje, odpala telefon i sprawdza, czy na Facebooku nie ma nowej grupy: „Zasiłek+ dla każdego, kto nie lubi chodzić do pracy”.
Zatrudniamy Kolumbijczyków, Hindusów, Białorusinów – bo Polacy, jak tylko mogą, uciekają z rynku pracy szybciej niż pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości. Ale oczywiście narracja jest taka, że „imigranci zabierają nam pracę”, choć prawda jest taka, że nie zabierają, tylko po nią nieśmiało się schylają, bo my już dawno przeszliśmy obok i udajemy, że jej nie widzieliśmy.
SYSTEM EMERYTALNY – GIGANT NA GLINIANYCH NOGACH I ZDROWYM KRĘGOSŁUPIE MIGRANTA
Każdy, kto wierzy, że dostanie emeryturę od państwa, powinien sprawdzić, czy przypadkiem nie wierzy też w Mikołaja, jednorożce i uczciwe wybory na Białorusi. ZUS już teraz zipie, budżet państwa do niego dopłaca, a za chwilę dopłacać będzie więcej niż do Orlenu, TVP i „Centralnego Portu Kosmicznego w Radomiu” razem wziętych.
Ale politycy nie powiedzą tego głośno, bo „emeryt to wyborca, migrant to wróg”. I tak lecimy: po jednej stronie mamy migrantów, którzy robią na nasze składki, a po drugiej – polityków, którzy próbują zakazać ich wjazdu ustawą pisaną na kolanie w trakcie wiecu pod kebabem.
NIE CHCESZ MIGRANTA? TO ZOSTAŃ PIELĘGNIARKĄ
Jest jeszcze rozwiązanie: większa wydajność pracy. Tyle że spróbuj powiedzieć pielęgniarce, że ma „zwiększyć produktywność” – to może cię z tej samej strzykawki zakłuć dwa razy. Nauczyciel nie uczy szybciej tylko dlatego, że mu obiecano bony turystyczne, a fryzjerka nie ostrzyże cię w trzy minuty, nawet jak włączy tryb turbo.
Roboty nas nie zastąpią, choć rząd bardzo by chciał – bo roboty nie strajkują, nie pytają o urlop i nie chodzą do wyborów.
JESTEŚMY BOGACI. CZYLI DLACZEGO TAK MAŁO NAM Z TEGO PRZYCHODZI
Zaskoczę cię: Polska jest 20. największą gospodarką świata. Serio. I za chwilę przegonimy Japonię pod względem PKB na głowę. A potem może Izrael, Hiszpanię, Nową Zelandię, a nawet Anglię – jeśli ta dalej będzie się upierać, że Brexit to sukces, a Tesco to fine dining.
Ale co z tego, skoro większość Polaków zarabia jakby Polska była na 120. miejscu, a nie 20.? Bo nasz system dystrybucji bogactwa przypomina ruskie jajko: dużo złota na wierzchu, pusto w środku.
NA KONIEC: CZYM JEST EKONOMICZNY OPTYMIZM W POLSCE?
To stan, w którym mimo tego, że:
- ceny rosną,
- migranci zasilają rynek pracy,
- ZUS się trzęsie,
- a politycy straszą każdego, kto ma inny akcent niż Karol Strasburger,
…Polak i tak wierzy, że jakoś to będzie. Bo zawsze było. A jak nie było, to znaczy, że to wina Tuska albo Sorosa, albo – nowość! – kolumbijskiego kierowcy Ubera.
Więc zamiast się bać migrantów, może lepiej zaprosić ich na grilla. Bo nie dość, że zapłacą składki, to jeszcze przyniosą sałatkę. A ty, Polaku, zrelaksuj się – przecież ekonomia to nie jest coś, co musisz rozumieć. Wystarczy, że masz na nią silne emocje i dostęp do Facebooka.
Autor felietonu zatrudniłby migranta do pisania tego tekstu, ale jeszcze nikt się nie zgłosił. A szkoda – mógłby zrobić to szybciej i z mniejszą dawką ironii.

Dodaj komentarz