


W Toronto pada deszcz. Taki drobny, uparty, północny deszcz, który nie robi wielkiego wrażenia, ale konsekwentnie przypomina człowiekowi, że marzec jest miesiącem o temperamencie księgowego – zimny, mokry i raczej nieprzesadnie romantyczny. Sześć stopni, chodniki błyszczą jak świeżo wypolerowane garnki, a człowiek wraca właśnie z pierwszych zajęć ze słuchaczami i patrzy na zegarek. Jest południe. Idealna pora, żeby zrobić jedną z tych rzeczy, które podnoszą ciśnienie szybciej niż kawa. Wystarczy zajrzeć do wiadomości z Polski.
I wtedy pojawia się on. Adam Glapiński. Prezes Narodowego Banku Polskiego. Człowiek, który z ekonomii uczynił coś pomiędzy monologiem scenicznym a pokazem sztuczek w gabinecie osobliwości.
Konferencja miała być poważna. Prezes NBP miał wyjaśnić, jak właściwie działa finansowanie tajemniczego programu o nazwie „SAFE zero procent”. Brzmi to trochę jak lokata bankowa dla patriotów albo dieta odchudzająca dla budżetu państwa, ale chodzi o sprawę poważną – pieniądze na armię.
No więc Glapiński tłumaczy. Tłumaczy długo, szeroko, z rozmachem właściwym człowiekowi, który jest absolutnie przekonany, że publiczność powinna mu być wdzięczna za sam fakt, że mówi. Po kilkunastu minutach zaczyna się jednak pojawiać podejrzenie, że mechanizm finansowania polega na czymś bardzo prostym.
Otóż Polska ma złoto. Dużo złota. Dokładnie pięćset siedemdziesiąt ton.
Prezes powtarza tę liczbę z dumą kolekcjonera znaczków, który właśnie odkrył w albumie rzadki egzemplarz z Wysp Salomona. Nie 550 ton, jak mówią ignoranci. Nie 560. Pięćset siedemdziesiąt. I ciągle kupujemy. Idziemy do siedmiuset.
Człowiek słucha i zaczyna mieć wrażenie, że zamiast konferencji ekonomicznej ogląda relację z wyprawy archeologicznej. Gdzieś w Londynie, gdzieś w Nowym Jorku i gdzieś w Warszawie leżą sztabki. A Narodowy Bank Polski wysyła specjalną ekipę, która jedzie je obejrzeć, sprawdzić numery seryjne i – jak to pięknie ujął prezes – dotknąć.
Dotknąć złota.
Ekonomia XXI wieku osiąga w tym momencie poziom niezwykłej zmysłowości. Są kraje, które inwestują w sztuczną inteligencję, w półprzewodniki, w reaktory jądrowe. Polska natomiast wysyła delegację, która jedzie pogłaskać sztabkę.
Najlepsza część konferencji zaczyna się jednak wtedy, kiedy prezes tłumaczy tak zwane niezrealizowane przychody. Złoto zdrożało bardziej, niż ktokolwiek przewidywał. W rezultacie w księgach banku pojawiło się – uwaga – sto dziewięćdziesiąt siedem miliardów złotych.
To brzmi jak pieniądze. Ale to nie są pieniądze. To jest wartość. Ale nie taka wartość, którą można wydać. To jest wartość księgowa.
Czyli coś jak majątek w Monopoly – wygląda imponująco, ale dopóki ktoś nie sprzeda hotelu na Marszałkowskiej, nie można kupić nawet jednego czołgu.
Premier Donald Tusk nazwał cały projekt „SAFE zero złotych” i trudno odmówić temu określeniu pewnej brutalnej elegancji. Bo im dłużej człowiek słucha prezesa NBP, tym bardziej zaczyna rozumieć, że plan finansowania armii polega na tym, że złoto kiedyś może być jeszcze droższe. A jeśli nie będzie droższe, to – jak zauważył jeden z ekonomistów – trzeba będzie się modlić.
I tu polska ekonomia spotyka się z polską metafizyką.
Z jednej strony sztabki. Z drugiej modlitwa. Pośrodku Adam Glapiński.
W międzyczasie prezes NBP znalazł chwilę, by wyjaśnić światu jedną rzecz: większość ekonomistów, dziennikarzy, komentatorów i polityków po prostu nie rozumie, o czym mówi. To jest zresztą stara metoda pedagogiczna. Jeśli uczniowie nie rozumieją wykładu, należy ogłosić, że są głupi.
Wyjątki są dwa: Grzegorz Kołodko. I czasami Marek Belka.
Reszta świata ekonomii – jak można było wywnioskować z tonu prezesa – powinna raczej siedzieć cicho i z daleka podziwiać złoto.
A w tym samym czasie trwa w Polsce polityczny teatr SAFE. Komisja Europejska patrzy na Warszawę z rosnącym zdziwieniem, bo Polska jest największym beneficjentem programu obronnego, a jednocześnie w Warszawie toczy się dyskusja, czy nie zastąpić realnych pieniędzy filozofią złota.
Prezydent Nawrocki rozważa weto. Premier Tusk próbuje znaleźć plan B. Generałowie patrzą na zegarki, bo wojny niestety nie czekają na konferencje prasowe.
A w środku tej sceny stoi prezes banku centralnego, ekonomiczny gawędziarz w eleganckim garniturze, coś pomiędzy kustoszem muzeum złota a wujem z wesela, który po trzecim toaście zaczyna tłumaczyć geopolitykę. Opowiada o sztabkach, które można obejrzeć, pomacać i policzyć, z czułością niemal numizmatyczną, jakby Polska była wielkim skarbcem z bajki o Ali Babie, tylko zamiast czterdziestu rozbójników mamy czterdziestu komentatorów ekonomicznych, którzy – według prezesa – nic nie rozumieją.
Jakby tego było mało, w Sejmie też nastąpiła drobna zmiana dekoracji. Przez lata obok Jarosława Kaczyńskiego siedział Ryszard Terlecki, człowiek o twarzy człowieka, który właśnie przeczytał raport o końcu cywilizacji.
Teraz jednak nastąpiła zmiana obsady. I gdyby ktoś chciał zobaczyć metaforę polskiej polityki, wystarczyłoby wyobrazić sobie następującą scenę.
Głęboki skarbiec w Londynie. Ciężkie drzwi otwierają się z metalicznym jękiem. Do środka wchodzi delegacja Narodowego Banku Polskiego w kamizelkach odblaskowych, z powagą archeologów odkrywających grobowiec faraona. Jeden z urzędników pochyla się nad sztabką, drugi zapisuje numer seryjny, trzeci – zgodnie z instrukcją prezesa – delikatnie ją dotyka. W ciszy słychać tylko echo kroków i szelest papierów. A gdzieś daleko, w Warszawie, konferencja prasowa trwa dalej i ktoś tłumaczy narodowi, że oto właśnie powstaje wielka strategia finansowania armii.
Ekonomia polska w wersji Glapińskiego przypomina bowiem trochę średniowieczną alchemię: wszyscy stoją wokół skrzyni ze złotem i zastanawiają się, czy da się z niej zrobić jeszcze więcej złota.
Terlecki przesunął się w głąb ław.
A obok prezesa zasiadł nowy bohater sceny.
Przemysław Czarnek.
Polska polityka jest trochę jak stary teatr objazdowy. Jedni aktorzy schodzą ze sceny, inni zajmują ich miejsca, a publiczność siedzi i patrzy, jak zmieniają się kostiumy.
Tyle że gdzieś w tle, w głębokim skarbcu, cicho brzęczy złoto.
I wygląda na to, że dziś w Polsce największą strategią gospodarczą jest po prostu patrzeć, jak rośnie jego cena.
Bo w kraju, w którym prezes banku centralnego wysyła ludzi, żeby pogłaskali sztabki, ekonomia przestaje być nauką – a zaczyna być literaturą fantastyczną.

Dodaj komentarz