
W piekle dla elit, czyli w aktach Jeffreya Epsteina, jest jak w luksusowej szatni po meczu charytatywnym: pachnie pieniędzmi, potem i moralnym rozkładem. Kiedyś mówiło się, że niebo jest dla świętych, a piekło dla towarzyskiej śmietanki. Dziś wiadomo, że piekło nosi markowe garnitury, rezyduje na Karaibach i serwuje szampana z dodatkiem cyjanku. Najnowsza publikacja ponad trzech milionów stron dokumentów przypomniała światu, że diabeł nie ma kopyt, lecz smoking i znajomości. Na tej liście upadku, pomiędzy Clintonem, Muskiem, księciem Andrzejem, a nazwiskami mniej znanymi, lśnią również dwie polskie perły: Wojciech Fibak i modelka Mariana Idźkowska. Tak, ten sam Fibak od kortu i kanapy, od sztuki i „spotkań”, i ta sama Idźkowska, która poleciała do Epsteina na jego koszt.

Fibak, dawniej gwiazda tenisa, potem kolekcjoner sztuki, a już zawsze – legenda polskich rozmówek szeptanych, znów pojawia się tam, gdzie robi się ciepło od kamer i lodowato od sumienia. Gdy Epstein wysyła mu maila z gratulacjami i pytaniem, czy będzie w Paryżu – Fibak odpowiada z francuską kurtuazją: „Tak, merci. Zadzwoń kiedy chcesz! Wojtek”. Taka niby nic nieznacząca korespondencja, ot dwie dusze zgubione w sztuce i smogu elit. A jednak wokół tej wiadomości roztacza się aromat dawnego skandalu, jakby ktoś otworzył butelkę drogich perfum ukrytych pod podłogą w lombardzie.
Nie zapominajmy, że Fibak już wcześniej ocierał się o nieprzyjemne klimaty. Nie chodzi tylko o obyczajową burzę sprzed lat, gdy Gazeta Wyborcza opisała jego rekrutacyjny talent do poznawania młodych kobiet dla „znajomych”. W jego biografii było więcej niż ten jeden deszcz. Już w 2002 roku francuskie media pisały o polskim tenisiście zamieszanym w kontrowersyjne kontakty towarzyskie. W Polsce – jak to w Polsce – temat przykryto serem na kanapce i dźwiękiem serwisu sportowego. Fibak pozostał celebrytą klasy de-lux, bywalcem, kolekcjonerem i panem Wojtkiem z salonu, który wie, w którym kieliszku podaje się winylową reputację.
A teraz? Teraz ten pastelowy obraz burzy jedna wiadomość od Epsteina. Czy coś z niej wynika? Nie. Czy powinniśmy wiedzieć, co wynika? Oczywiście. Bo nie chodzi tylko o to, czy Fibak poleciał na wyspę lub przyjął zaproszenie. Chodzi o to, że elity lubią obracać się wśród elit, nawet jeśli pachną siarką. O zatarcie granic pomiędzy sztuką a sutenerstwem, biznesem a handlem godnością. Fibak, zgrabnie sunący po tej tafli od dekad, trafił wreszcie na cienki lód. Tylko że ten lód leży na aktach FBI, a nie na stole w TVP Kultura.


Nie był jednak sam. Bo oto w tych samych dokumentach z epickim wdziękiem pojawia się nazwisko Mariana Idźkowska. Polska modelka, która – jak wynika z korespondencji – odwiedzała prywatną wyspę Epsteina, latała na jego koszt do Nowego Jorku i wspominała mu, że śnił się jej w nocy. Epstein odpisuje z gracją obleśnego Pinokia: „Czy byłem nagi?”. To nie są rozmowy o sztuce ani o wzroście cen nieruchomości w Warszawie. To jest precyzyjny katalog wstydu, gdzie piękno zostaje wymienione na dostęp, a marzenia o karierze na bilety lotnicze klasy biznes. W jednym z maili Epstein żartuje, że jej oczekiwania finansowe (200 tysięcy dolarów) są „zbyt ambitne” i że „może znajdzie dla niej sponsorującą agencję”. W innym – dopytuje o jej wiek i status związku. W całej tej wymianie lśni jedno: nie chodziło o modeling. Chodziło o dostępność. O podaż.
Należy przy tym podziwiać mistrzostwo uników. Fibak tłumaczy się z gracją dobrze wytrenowanego zawodnika: „To były gratulacje za Djokovica”. Oczywiście. Bo Epstein był przecież znany z zamiłowania do sportu, a nie do dziewcząt bez dowodu. „Nigdy z nim nie rozmawiałem przez telefon” – to akurat może być prawda. Epstein rozmawiał głównie pieniędzmi, układami i kalendarzami lotów. Czasem tylko mailowo, czasem na czacie z piekła. Zresztą, w epoce bezkarności i koneksji, po co komu rozmowy telefoniczne, skoro wystarczy przelot na wyspę i krótki „meeting artystyczny”.
Dziś premier Donald Tusk powołuje zespół analityczny do spraw polskich wątków w aferze Epsteina. I bardzo dobrze. Wreszcie ktoś próbuje wyjąć kij z miodu i sprawdzić, ile w nim robaków. Bo choć nie każdy, kto widnieje w notatkach potwora, jest winny, to jednak wina zbiorowa elit polega na obojętności. Na kiwaniu głową, kiedy dziewczynki z biednych krajów stawały się eksponatami w kolekcji obrzydliwości. Fibak zapewnia, że o niczym nie wiedział. Idźkowska milczy, a my wszyscy udajemy, że to nie dotyczy naszego kraju, naszej kultury i naszych ludzi. A przecież to nasi ludzie – z tą samą flagą, tym samym paszportem i tą samą skłonnością do tłumaczenia wszystkiego „nieświadomością”.
Epstein nie pojawił się znikąd. Zbudował swoje imperium na zapotrzebowaniu. A zapotrzebowanie rodzi się z bezkarności, układów i tego, co tak lubią wszyscy nasi Wojtkowie: łatwej drogi do wrażeń, których nie da się kupić na Allegro. Wrażeń, które śmierdzą potem młodości, łzami zalegalizowanej przemocy i szeptami za zamkniętymi drzwiami apartamentów z widokiem na piekło.
Felieton bez puenty? Nie, żadna puenta nie przebije cytatu z maila jednej z polskich kobiet do Epsteina: „Czy nie jesteś ze mnie dumny, że to piszę Jeffrey?”. Nie, dziewczyno. Nie jest. A my wszyscy powinniśmy się zastanowić, dlaczego w ogóle musiałaś to pisać.
Bo może ten mail był pisany nie do Epsteina, ale do nas wszystkich. I może my wszyscy, w tej naszej narodowej obojętności, powinniśmy wreszcie przestać być tłem. A zacząć być pytaniem.

Dodaj komentarz