
Maj pachnie w Polsce mokrą ziemią, młodą trawą i tym szczególnym rodzajem niepokoju, którego jeszcze nie pokazują poranne programy telewizyjne, ale który już siedzi przy kuchennym stole jak nieproszony krewny. Człowiek nalewa sobie drugą kawę, patrzy przez okno na rozkwitające drzewa i nagle ma wrażenie, że coś w tym świecie zaczyna skrzypieć trochę głośniej niż zwykle. Nie wiadomo jeszcze dokładnie co, ale każdy, kto choć raz prowadził firmę, spłacał kredyt albo próbował przeżyć miesiąc bez zaglądania codziennie do aplikacji bankowej, słyszy ten dźwięk coraz wyraźniej.
Polska wygląda dziś jak zmęczona hala produkcyjna pod koniec nocnej zmiany. Światła jeszcze się świecą. Maszyny jeszcze pracują. Wózki widłowe jeszcze krążą między regałami. Ale w powietrzu unosi się już ciężki zapach przegrzanego silnika i nerwowego oczekiwania. Ludzie wykonują swoje obowiązki trochę wolniej, trochę ciszej, trochę bardziej mechanicznie, jakby każdy z nich przeczuwał, że nadchodzi moment, w którym ktoś w garniturze przyjedzie z Excellem i zacznie zadawać bardzo nieprzyjemne pytania.
I właśnie wtedy, jak urzędnik apokalipsy z elegancką teczką pod pachą, pojawia się GUS i ogłasza narodowi, że produkcja przemysłowa wprawdzie wzrosła rok do roku o 3,1 procent, ale ekonomiści liczyli na więcej. Rynek chciał 4,1 procent. Rynek dostał trzy z małym haczykiem i minę kelnera, który przyniósł klientowi rachunek za obiad, którego jeszcze nawet nie zdążył zjeść.
To oczywiście nie jest jeszcze katastrofa. Katastrofa wygląda inaczej. Katastrofa zaczyna się wtedy, gdy politycy PiS wychodzą przed kamery i zaczynają opowiadać o gospodarce z minami ludzi, którzy przez osiem lat rozrzucali publiczne pieniądze z hojnością pijanych milionerów w kasynie pod Radomiem, a dziś próbują udawać księgowych odpowiedzialności narodowej.
Na razie jesteśmy w tym bardziej podstępnym momencie. W chwili, gdy gospodarka nie wali się jeszcze z hukiem, ale zaczyna oddychać ciężej. Produkcja przemysłowa spadła miesiąc do miesiąca o 7,4 procent. Fabryki zwolniły. Huty, magazyny, zakłady i linie produkcyjne zabrzmiały ciszej, jakby ktoś ściszył Polskę pilotem od telewizora. To nie jest jeszcze cisza grobowa. To raczej ten rodzaj ciszy, który zapada w domu chwilę przed awanturą.
Najbardziej wzruszające są jednak zawsze opowieści o wynagrodzeniach. Polska od lat żyje przecież w dwóch równoległych rzeczywistościach. W jednej występują eksperci telewizyjni, analitycy bankowi i młodzi ekonomiści pachnący nowym garniturem oraz kredytem hipotecznym rozłożonym na trzydzieści pięć lat. Tam wszyscy są beneficjentami wzrostu, uczestnikami transformacji i konsumentami nowoczesności. W tej krainie człowiek wraca z pracy, nalewa sobie prosecco i dyskutuje o sztucznej inteligencji, ETF-ach oraz przyszłości elektromobilności.
W drugiej rzeczywistości pani Kasia z działu kadr, siedzi wieczorem przy stole, liczy rachunki i zastanawia się, czy dentysta bardziej boli przed wizytą czy po niej. Kierownik magazynu patrzy na telefon od szefa jak chłop pańszczyźniany na kurz unoszący się na drodze przed przyjazdem poborcy podatkowego. Młode małżeństwo odkłada zakup dziecku nowych butów o kolejny miesiąc, bo rata kredytu znowu urosła jak drożdżówka na sterydach.
Przeciętne wynagrodzenie spadło miesiąc do miesiąca o 1,3 procent. Oczywiście eksperci natychmiast wyjaśnili, że to efekt mniejszej liczby bonusów, nagród i premii kwartalnych. Piękne zdanie. Eleganckie. Miękkie jak dywan w gabinecie prezesa banku. Problem polega tylko na tym, że przeciętny człowiek słyszy z tego wyłącznie tyle, że skończył się czas świątecznych ochłapów i wracamy do narodowej dyscypliny przetrwania pod tytułem „oby karta jeszcze przeszła przy kasie”.
Polska gospodarka zaczyna coraz bardziej przypominać wielką promocję w dyskoncie. Wszystko jest chwilowe. Wszystko jest przecenione. Wszystko działa na granicy wytrzymałości psychicznej klientów i pracowników. Lidl bije się z Biedronką o cenę masła, jakby od kostki zależał los cywilizacji europejskiej, a tymczasem zwykły człowiek patrzy na te wszystkie promocje z wyrazem twarzy hazardzisty, który próbuje odzyskać ostatnie drobne wrzucone do automatu.
I wtedy do gry wchodzi polityka, ponieważ w Polsce polityka zawsze pojawia się tam, gdzie pachnie problemami. Donald Tusk próbuje dziś prowadzić kraj trochę jak kapitan statku po przejęciu jednostki od załogi, która przez osiem lat organizowała na pokładzie pijacki rejs patriotyczny z orkiestrą disco polo i rozdawaniem kamizelek ratunkowych swoim kuzynom.
Naprawdę trudno mieć dziś pretensje do obecnego rządu o to, że nie naprawił wszystkiego w kilka miesięcy. PiS zostawił po sobie państwo przypominające hotel robotniczy po weselu elektryków. W ścianach dziury, instalacja dymi, połowa gości zniknęła z telewizorami, a właściciel obiektu stoi przed wejściem i krzyczy, że za jego czasów było taniej.
Jarosław Kaczyński przez lata opowiadał Polakom gospodarczą baśń dla ludzi zmęczonych rzeczywistością. W tej opowieści można było rozdawać wszystkim wszystko, drukować pieniądze szybciej niż ulotki wyborcze i jednocześnie obrażać Unię Europejską, która te pieniądze w dużej mierze przysyłała. To był ekonomiczny kabaret absurdu. Coś pomiędzy cyrkiem objazdowym a konkursem w rzucaniu kiełbasą do elektoratu.
A potem na scenę wszedł Karol Nawrocki, cały w swojej narodowej powadze człowieka przekonanego, że historia Polski zaczyna się i kończy na obrażaniu inteligencji przeciwnika. Nawrocki wygląda czasem jak kierownik ochrony z patriotycznej dyskoteki, który przypadkiem dostał mikrofon i uznał, że od tej chwili będzie tłumaczył narodowi geopolitykę, ekonomię oraz moralność.
Jeszcze niedawno obok niego stał Cenckiewicz, historyczny spirytysta teczek i archiwów, człowiek traktujący każdą teorię spiskową z nabożeństwem godnym relikwii świętego. Ale polityczna karuzela kręci się dziś szybciej niż bęben pralki w akademiku i nawet w BBN błaznów wymienia się już hurtowo. Cenckiewicz zniknął więc ze sceny, a jego miejsce zajął nowy dworzanin narodowej tromtadracji, kolejny specjalista od groźnych min, patriotycznych uniesień i opowiadania ludziom, że Polska jest oblężoną twierdzą atakowaną przez rowerzystów, ekologów oraz Unię Europejską. Przydacz wygląda zawsze tak, jakby zgubił notatki przed egzaminem z dyplomacji, a Bogucki sprawia wrażenie człowieka permanentnie zaskoczonego istnieniem faktów.
I ta cała kompania próbuje dziś tłumaczyć Polakom, że winna jest Europa, Zielony Ład, Niemcy, wiatraki, pogoda, rowery i zapewne za chwilę także bociany przelatujące nad Podlasiem. Czarnek natomiast grzmi o bezrobociu z miną człowieka, który przez lata podpalał edukację narodową, a teraz próbuje występować w roli strażaka roku. To trochę tak, jakby podpalacz stodoły został ambasadorem bezpieczeństwa przeciwpożarowego.
Prawda jest jednak dużo bardziej banalna i dużo mniej romantyczna niż te wszystkie patriotyczne przemówienia z biało-czerwonym dymem w tle. Europa zwalnia gospodarczo. Niemcy kaszlą ekonomicznie jak emeryt po pięćdziesięciu latach palenia papierosów bez filtra. Świat zmienia technologie szybciej, niż politycy Konfederacji są w stanie zmieniać swoje teorie o klimacie i Unii Europejskiej.
Sztuczna inteligencja pożera kolejne zawody. Fabryki automatyzują produkcję. Ludzie są coraz bardziej zmęczeni. Człowiek po czterdziestce wraca dziś z pracy psychicznie wykończony jak dróżnik po transformacji ustrojowej. Plecy bolą. Oczy bolą. Najbardziej bolą jednak wiadomości, bo człowiek codziennie otwiera telefon i ma wrażenie, że świat przypomina wielki autobus zastępczy jadący donikąd.
A jednak mimo tego wszystkiego Polska codziennie rano wstaje. Ludzie robią dzieciom kanapki. Kupują kawę na stacjach benzynowych za cenę małego kredytu hipotecznego. Sadzą pelargonie na balkonach. Śmieją się z memów. Narzekają. Kłócą się o politykę. Jadą dalej.
I może właśnie to jest nasza największa narodowa siła. Nie husaria. Nie pomniki. Nie patriotyczne akademie organizowane przez ludzi, którzy najbardziej kochają Polskę wtedy, gdy stoją przy państwowym cateringowym stole.
Największą siłą tego kraju jest upór zwykłych ludzi, którzy mimo zmęczenia, chaosu i politycznych kuglarzy nadal próbują żyć normalnie. Nadal wierzą, że po zimie przyjdzie wiosna, po rachunkach przyjdzie wypłata, a po kolejnej konferencji Nawrockiego albo Czarnka człowiek będzie mógł przynajmniej usiąść wieczorem na balkonie i pośmiać się z tego całego narodowego cyrku.
Bo Polska przypomina dziś stary tramwaj jadący przez deszczowe miasto. Trzeszczy. Szarpie. Czasem iskrzy. Czasem zatrzymuje się bez powodu. Ale mimo wszystkich idiotów siedzących przy pulpitach sterowniczych ten tramwaj nadal jedzie dalej.
I być może właśnie to najbardziej doprowadza do szału wszystkich populistów świata. Że mimo ich wrzasku, propagandy, patriotycznego disco polo i politycznej cepelii ten kraj ciągle jeszcze nie zwariował do końca.

Dodaj komentarz