EMERYTURA, CZYLI POLSKA SZTUKA UDOWADNIANIA, ŻE DWA PLUS DWA TO PROGRAM SPOŁECZNY

Warszawa

Od kilku lat mam nieodparte wrażenie, że starość została w Polsce wynaleziona wyłącznie po to, żeby ekonomiści mieli o czym pisać felietony. To jest temat wręcz idealny dla narratora-emeryta: może jednocześnie śmiać się z polityków, grup interesu, własnego pokolenia i narodowej wiary, że matematykę da się przekonać dobrym programem wyborczym.

Nie chodzi nawet o sam proces starzenia. Ten jest stosunkowo prosty. Najpierw człowiek kupuje okulary do czytania. Potem okulary do szukania okularów. Następnie zaczyna mówić „za moich czasów”, choć jeszcze niedawno sam wyśmiewał ludzi mówiących „za moich czasów”. Wreszcie przychodzi dzień, w którym list z ZUS-u wywołuje większe emocje niż list miłosny.

I wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda. Przeczytałem właśnie kolejny raport o stanie polskiego systemu emerytalnego. Ekonomiści alarmują, że system wymaga pilnej reformy, że świadczenia będą coraz niższe, że połowa przyszłych emerytów może żyć na poziomie emerytury minimalnej, a państwo coraz bardziej przypomina człowieka, który spłaca trzy kredyty, remontuje dach i jednocześnie kupuje nowy samochód na raty.

Przyznam, że wzruszyłem się. Nie dlatego, że raport mnie zaskoczył. Dlatego, że ekonomiści nadal używają słowa „system”. System sugeruje bowiem istnienie logiki. Tymczasem polskie emerytury przypominają raczej wielopokoleniową szafę po ciotce. Każdy przez dekady dorzucał do niej coś od siebie. Tu futro z lat siedemdziesiątych. Tam garnitur po komunizmie. Tu kapelusz po reformie Buzka. Tam walizka pełna wyjątków, przywilejów, dodatków i historycznych zaszłości. Po otwarciu drzwi wszystko wypada na głowę i właśnie to nazywamy systemem.

Mamy więc rolnika, który żyje w świecie KRUS-u. Mamy przedsiębiorcę, który żyje w świecie ZUS-u. Mamy mundurowego, który żyje w zupełnie innym wszechświecie. Mamy sędziego, nauczyciela, artystę, duchownego, olimpijczyka, strażaka ochotnika i sołtysa. Każdy ma własne zasady, własne wyjątki, własne tradycje i własną legendę tłumaczącą, dlaczego akurat jego przypadek jest absolutnie wyjątkowy.

W Polsce wszyscy są wyjątkowi. Tak wyjątkowi, że za chwilę jedyną grupą bez przywilejów pozostaną ludzie utrzymujący cały ten mechanizm.

Najbardziej fascynujące są jednak dyskusje o emeryturach. Wystarczy zaproponować likwidację dowolnego przywileju. Natychmiast okazuje się, że właśnie zaatakowano fundament cywilizacji.

Jeżeli ktoś wspomni o KRUS-ie, natychmiast dowiaduje się, że bez tego rozwiązania polska wieś umrze. Jeżeli wspomni o emeryturach mundurowych, usłyszy, że państwo przestanie istnieć. Jeżeli wspomni o przywilejach nauczycieli, dowie się, że dzieci natychmiast zdziczeją. Jeżeli wspomni o artystach, zostanie oskarżony o barbarzyństwo wobec kultury. Jeśli odważy się wspomnieć o duchownych, może od razu przygotować się na debatę trwającą mniej więcej tyle co Sobór Trydencki.

Każda grupa zawodowa uważa bowiem, że jej ciężka praca uzasadnia szczególne traktowanie. I wie pan co? W większości przypadków ma rację. Rolnicy pracują ciężko. Policjanci pracują ciężko. Nauczyciele pracują ciężko. Lekarze pracują ciężko. Strażacy pracują ciężko. Przedsiębiorcy pracują ciężko.

Wszyscy pracują ciężko, budżet natomiast pracuje coraz ciężej. Demografia zaś postanowiła przejść na wcześniejszą emeryturę.

Najbardziej rozbawia mnie jednak nasze narodowe podejście do wieku emerytalnego. Polacy żyją coraz dłużej. Medycyna działa coraz lepiej. Siedemdziesięciolatek sprzed pół wieku wyglądał jak człowiek, który właśnie wrócił z wojny, głodu i budowy Nowej Huty jednocześnie.

Dzisiejszy siedemdziesięciolatek biega z kijkami po lesie, lata do Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi i publikuje zdjęcia śniadania na Facebooku, ale kiedy tylko ktoś wspomni o podniesieniu wieku emerytalnego, reakcja przypomina próbę przywrócenia pańszczyzny.

Politycy wiedzą o tym doskonale. Dlatego temat wieku emerytalnego jest w Polsce traktowany jak radioaktywna walizka. Wszyscy wiedzą, że istnieje, nikt nie chce jej dotknąć.

Wszyscy chcemy wysokich emerytur. Niskich składek. Niskich podatków. Wcześniejszego przechodzenia na emeryturę. Wyższych wydatków socjalnych. Większych wydatków na armię. Lepszej służby zdrowia. Nowych dróg. Nowych kolei. Nowych mieszkań, i najlepiej żeby płacił za to ktoś inny. Polska debata ekonomiczna coraz bardziej przypomina rodzinne spotkanie, podczas którego piętnaście osób zamawia najdroższe dania z karty, a potem przez godzinę dyskutuje, kto powinien zapłacić rachunek.

Patrzę na to wszystko jako emeryt i dochodzę do smutnego wniosku. Polski system emerytalny nie jest już nawet problemem ekonomicznym. To dzieło sztuki współczesnej. Ogromna instalacja przedstawiająca zbiorowe marzenie, że prawa matematyki można przegłosować większością parlamentarną.

Można oczywiście próbować. Politycy próbują od lat, ale liczby mają wyjątkowo paskudny charakter. Nie oglądają telewizji. Nie czytają sondaży. Nie chodzą na wybory i co najgorsze — nie dają się przekupić.

Dlatego podejrzewam, że prędzej czy później wygrają a wtedy wszyscy odkryjemy starą prawdę ekonomii. Emerytura jest jak dieta. Można ją odkładać latami, ale rachunek i tak przychodzi na końcu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights