




W środowy poranek Polska obudziła się w nastroju lekkiego triumfu: działka pod CPK wraca do Skarbu Państwa! Henryk Smolarz, szef KOWR, ogłosił z dumą, że „dobra wola pozwoliła nam podpisać porozumienie”. Czyli: Dawtona oddaje to, co kupiła, a wszyscy są zadowoleni. Kiedyś taki zwrot nazywano repolonizacją, dziś – „aktem dobrej woli w duchu współpracy publiczno-rodzinnej”.
Dla przypomnienia: działka została sprzedana w grudniu 2023 roku – tuż przed tym, jak PiS wysiadł z rządowego ekspresu. 160 hektarów za 23 miliony złotych. W sam raz, by po zmianie przeznaczenia ziemi zyskać na niej 400 milionów. Tak się robi interesy, których nawet Balcerowicz by nie wymyślił.
Ale teraz, jak podkreślił Smolarz, „interes państwa jest nadrzędny”. W tłumaczeniu na polski urzędniczy: wychodzi, że jednak przesadziliśmy. Wreszcie więc kończy się telenowela „Ziemia obiecana 2”, a scenariusz dopisuje happy end: działka wraca, a w KOWR lecą głowy szybciej niż liście z listopadowych drzew.
W tym samym czasie minister aktywów państwowych Wojciech Balczun udzielał wywiadu, w którym z miną frontmana Pink Floyd tłumaczył, że w Orlenie „dzieją się tylko dobre rzeczy”. I że żadnej „miotły Balczuna” nie ma. Są tylko „zmiany punktowe i przemyślane”.
W praktyce oznacza to, że z Rad Nadzorczych odlatują kolejni członkowie, a ministrowi przybywa kontrolowanych spółek. Balczun nie chce być postrzegany jako rewolucjonista, raczej jako menedżer z gitarą, który zamiast palić mosty – gra na nich bluesa o synergii i local contencie.
Bo „local content” to nowe zaklęcie rządu. Zamiast repolonizacji – miękka siła patriotycznego kapitalizmu. Zamiast prywatyzacji – „łączenie potencjałów”. Innymi słowy: od dziś polskie firmy mają pracować dla polskich spółek, żeby polskie państwo mogło polsko rosnąć w siłę, ku chwale polskiego Skarbu Państwa. W skrócie: Make Poland Great Again. Balczun obiecał, że nie jest to cytat z Trumpa. Choć brzmi znajomo.
Tymczasem Szymon Hołownia ogłosił, że 13 listopada rezygnuje z funkcji marszałka Sejmu. Nie dlatego, że musi – ale dlatego, że może. Wzruszony jak nauczyciel na zakończeniu roku, mówił o „stabilności państwa” i „modelu skandynawskim marszałkowania”. Zapowiedział, że przekazanie władzy Włodzimierzowi Czarzastemu odbędzie się „spokojnie i płynnie”.
W polskich realiach oznacza to, że wszyscy politycy już dziś szykują popcorn.
Czarzasty z kolei, choć w teorii ma przejąć urząd, w praktyce nie może być niczego pewien. Bo jak mawiał klasyk: „w koalicji nikt nikomu do końca nie ufa – nawet przy wspólnym selfie”.
Wiceminister Robert Kropiwnicki także uznał, że jego misja w rządzie dobiegła końca. Po dwóch latach pracy w Ministerstwie Aktywów Państwowych pożegnał się ze słowami: „teraz na horyzoncie są nowe wyzwania”. W tłumaczeniu z politycznego na ludzki: nie udało się dogadać z Balczunem, więc czas na coś spokojniejszego – może bank albo rada nadzorcza.
Za oceanem też ciekawie. Nowym burmistrzem Nowego Jorku został Zohran Mamdani – urodzony w Ugandzie syn indyjskich imigrantów, demokratyczny socjalista i, jak twierdzi Trump, „komunista z metra”. Ten „komunista” właśnie wygrał z Andrew Cuomo i zapowiedział darmowe żłobki, autobusy i sklepy spożywcze.
Trump zdążył już zagrozić, że jeśli Nowy Jork się nie opamięta, to odetnie fundusze federalne. Innymi słowy: demokracja demokracją, ale pieniądze moje.
W Stanach wygrywają demokraci, w Polsce wracają działki, a w Orlenie zmieniają się rady nadzorcze. Wszystko się zmienia – tylko Kaczyński trwa.
Tak więc środowy bilans wygląda następująco:
- KOWR odzyskał działkę,
- Balczun odzyskał kontrolę,
- Hołownia odzyskał spokój,
- Kropiwnicki – wolność,
- a Trump – poczucie krzywdy.
Wszyscy zadowoleni.
Polska – jak zwykle – w trybie aktywnego właściciela, a opinia publiczna – w trybie biernego obserwatora.
Bo w tym kraju nawet kiedy ktoś coś odzyskuje, to i tak wiadomo, że ktoś inny już liczy, ile na tym zarobi.

Dodaj komentarz