
Rano w East York wygląda jak dobrze wyreżyserowana scena z familijnego serialu – tylko bez reżysera i z budżetem na poziomie „zostało w portfelu po wczorajszym Tim Hortons”. Dziewczynki wstały, kuchnia żyje, kot robi obchód terenu jak generał w futrze, pies próbuje udawać, że jest odpowiedzialny, a Larysa zarządza tym wszystkim z taką pewnością, jakby miała w kieszeni konstytucję, regulamin domu i plan ewakuacji na wypadek końca świata.
I to jest moment, kiedy ja – człowiek zbędny, przeszkadzający i z natury dekoracyjny – dostaję zadanie honorowe: odsunąć się.
Tyle że dziś żony nie było. A to w praktyce znaczy, że nikt nie stał nade mną jak kontroler biletów w metrze, nikt nie rzucił spojrzenia „Krzysztof, nie wychodź tak do ludzi”, nikt nie zrobił audytu garderoby.
Dziewczynki? One żyją w świecie, w którym skarpety są po prostu przedłużeniem stopy, a nie komunikatem cywilizacyjnym.
Larysa? Larysa założyła, że choć jestem Polakiem i to – jak sam lubię dramatyzować – „ze wsi”, to jednak coś tam przez lata podpatrzyłem. Że wiem, że do pracy czasem wypada włożyć marynarkę. Że krawat nie jest smyczą dla mężczyzny, tylko narzędziem społecznego uspokojenia otoczenia.
A ja? Ja krawata nie znoszę. Kiedy go zakładam, węzeł zawsze wisi mi gdzieś na wysokości pępka, jak chorągiew białej kapitulacji. Więc go nie zakładam.
Ubrałem się sam. Z szuflady wyciągnąłem gatki, koszulę, skarpety. „Normalnie”. „Jak człowiek”. I wyszedłem.
Dopiero w pracy, w trakcie wykładu, zobaczyłem prawdę.
Skarpety.
One nie były „normalne”. One były… konfederacko-cyrkowe. Czerwone. Wzorzyste. Wesołe jak klaun na pogrzebie. I nagle zauważyłem, że studenci – zamiast patrzeć na slajdy – patrzą na moje nogi. Jakby wykład był tylko pretekstem, a prawdziwa treść zajęć rozgrywała się w okolicy kostek.
Ktoś inny by się speszył. Ja nie.
Usiadłem.
Podciągnąłem nogawki.
Niech patrzą.
Niech myślą, że to moda z dalekiej Polski. Taka narodowa tradycja: jak nie ma cię kto przypilnować, ubierasz się jak manifest.
Po wykładzie zrobiłem krótką dyskusję i uciekłem do gabinetu, żeby w ciszy przeżyć porażkę. Rozważałem nawet zakup nowych skarpet, ale lenistwo wygrało z ambicją – a lenistwo, jak wiadomo, jest we mnie równie stałe jak podatki.
I wtedy, między jednym łykiem kawy a drugim, odpaliłem internet.
Bo świat się nie zatrzymuje. Nawet kiedy człowiek wygląda, jakby włożył na nogi flagę ostrzegawczą.
PARTIA, KTÓRA GOTUJE SIĘ WE WŁASNYM SOSIE
Pierwsze, co mnie dopadło, to Polska.
W PiS wrze. I to nie jest takie zwykłe „wrze”, jak w czajniku. To jest wrzenie jak w garnku z bigosem, w którym ktoś zapomniał, że ogień nie służy do podsycania ambicji.
Jarosław Kaczyński ma w Krakowie ogłosić kandydata na premiera. Tajemnica większa niż skład kiełbasy wyborczej. Prawie nikt nic nie wie, bo – jak słyszymy – jakby wiedział, to by wyciekło.
A w tym samym czasie Mateusz Morawiecki postanowił urządzić własny pokaz: strategia gospodarcza, raport z hashtagiem, konferencja. Bez konsultacji. Z zaskoczenia. Jakby w partii obowiązywała zasada: kto pierwszy odpali fajerwerki, ten jest królem wesela.
Na Nowogrodzkiej podobno burza.
Jedni mówią: prowokuje.
Drudzy: chce zostać wypchnięty.
Trzeci: może ma już inne plany.
Ja patrzę na to jak na rodzinny obiad, gdzie każdy chce być głową stołu, a na końcu i tak ktoś rozleje zupę.
Pojawia się też nazwisko kandydata – Lucjusz Nadbereżny, „żołnierz prezesa”, człowiek bez frakcji. Idealny, bo w partii są teraz dwie drużyny: jedni nie chcą Morawieckiego, drudzy to jego harcerze, czyli gwardia przyboczna.
W skrócie: PiS przypomina mi dziś moją szufladę ze skarpetami. Teoretycznie wszystko jest w jednym miejscu, praktycznie – chaos, kolory, konflikty, a człowiek i tak wyciąga coś, co potem go kompromituje.
KACZYŃSKI, REPUBLIKA I MIŁOŚĆ TOKSYCZNA
A skoro już o kompromitowaniu mowa: Jarosław Kaczyński podobno nie cierpi Telewizji Republika. Nie cierpi też Tomasza Sakiewicza. Ogląda, ale nie lubi.
To jest miłość toksyczna, klasyczna: „jest mi źle, ale włączam”.
Republika nie chce płacić pełnej kwoty za koncesję, woli raty – jakby koncesja była pralką na raty, a nie licencją na robienie ludziom z mózgów sałatki.
Kaczyńskiego podobno mierzi, że Republika zaprasza Konfederację, że nie trzyma jednej linii, że czasem promuje konkurencję. Czyli: telewizja ma być telewizją, ale nie ma mieć własnej woli.
W pewnym sensie rozumiem. Sam też wolę, jak moje skarpety nie mają własnej woli.
WOJNA, STOPY I EKONOMIA W ZAWIESZENIU
W tle jest jeszcze świat, który – jak zwykle – robi wszystko naraz.
Wojna na Bliskim Wschodzie podbiła ceny ropy i gazu, analitycy zaczęli zmieniać zdanie, a Rada Polityki Pieniężnej i tak obniżyła stopy procentowe o 0,25 punktu. Główna stopa spada do 3,75.
Ekonomiści mówią: „raty spadną”.
Ja słyszę: „ludzie odetchną”.
I od razu widzę obrazek: Polak, który w jednej ręce trzyma kalkulator, w drugiej pilota do telewizora, a w tle wojna, inflacja, ropa i wiadomości. To jest nasza nowoczesna modlitwa: „oby WIBOR był łaskawy”.
PODATKI: CZTERY PROJEKTY I JEDEN PREZYDENT
Rząd chce zmienić ordynację podatkową i pracuje nad czterema projektami naraz.
Cztery projekty.
Jak cztery pary skarpet, które trzeba dopasować, tylko że tu zawsze jedna jest nie do pary, a druga jest wetowana.
Bo w tle czai się prezydent Nawrocki, który – jak piszą autorzy – już wcześniej wetował rozwiązania podatkowe, więc rząd dzieli reformę na kawałki, żeby chociaż coś przeszło.
To jest legislacyjny plan awaryjny: jak nie przejdzie drzwiami, to może przejdzie oknem. Jak nie oknem, to przez komin. A jak nie przez komin – to przynajmniej zostanie ślad w uzasadnieniu.
PROKURATURA, DELIKT I TEATR POWAŻNYCH MIN
Kolejny akt: spór o prokuraturę.
Szef kancelarii prezydenta, Bogucki (dureń nad durniami), pisze do ministra Żurka, że odwołanie zastępców Prokuratora Generalnego bez zgody prezydenta byłoby „deliktem konstytucyjnym”. Padają słowa o bezprawiu, o mobbingu, o wyrokach, uchwałach i statusach.
Wychodzi z tego obraz państwa, które przypomina wykład z prawa – tylko bez slajdów, za to z nerwowym śmiechem publiczności.
I ja, siedząc w tych czerwonych skarpetach, mam wrażenie, że Polska jest dziś jak ja rano: ktoś założył coś bez kontroli, a potem udaje, że to była świadoma stylizacja.
ZAROBKI, MEDIANY I WIELKA KLASA ŚREDNIA OD KOSTEK
Na deser: dane o płacach.
Mediana wynagrodzeń kobiet rośnie szybciej niż mężczyzn, ale nadal jest niższa. Różnice zależą od branży, wieku, wielkości firmy. W największych firmach przewaga mężczyzn jest największa. W mikrofirmach – bywa odwrotnie.
W finansach różnice potrafią przekraczać 40 procent.
Czytam to i myślę: może w Polsce wcale nie brakuje równości. Może brakuje tylko… dobrego kroju.
Bo u nas wszystko jest trochę za ciasne, trochę za luźne, a najczęściej – źle dopasowane.
ROTMAN, KULTURA I MOJA MAŁA PRYWATNA DYDAKTYKA
W Rotman School ludzie noszą garnitury, które wyglądają, jakby zostały wyprasowane z pomocą etyki, powagi i dobrego doradcy. W lobby kawa smakuje jak meritum, a rozmowy brzmią jak przypisy.
A ja stoję przed studentami w marynarce, bez krawata, z czerwonymi skarpetami i wykładam im o świecie.
I dochodzę do wniosku, że ta sytuacja jest symboliczna.
Bo dziś cywilizacja wygląda tak:
Ktoś gdzieś próbuje budować strategię gospodarczą bez konsultacji.
Ktoś gdzieś ogłasza kandydatów w tajemnicy.
Ktoś gdzieś nie cierpi własnej telewizji, ale ją ogląda.
Ktoś gdzieś dzieli reformę na cztery projekty, bo jeden człowiek może ją zatrzymać jednym podpisem.
A ja gdzieś w Toronto robię wykład i nagle odkrywam, że moja powaga świeci na czerwono.
I wiecie co?
Może to nawet dobrze.
Bo jeśli świat ma się dziś rozpaść na frakcje, komisje etyki, wojny o koncesje i delikty konstytucyjne, to przynajmniej niech ma w tym jakiś element estetyczny.
A czerwone skarpety?
Czerwone skarpety to nie błąd.
To ostrzeżenie.
Że człowiek bez nadzoru potrafi zrobić wszystko.
I że państwo – niestety – też.

Dodaj komentarz